NEW ZEALAND

MAPA

Początek i Akaroa

New Zealand

Do wyjazdu przygotowywałem się bardzo długo. Postanowiłem wszystkie zebrane przez długie lata mile wydać na bilety, wykorzystując przy tym w pełni możliwości Miles&More. Ostatecznie wyszła trasa: POZ-MUC-SIN-SYD/SYD-CHC/AKL-KIX/KIX-PVG-MUC-POZ.
Pomimo mglistej nocy, wczesnym porankiem wylecieliśmy z Poznania do Monachium punktualnie, niebawem pojawił się nasz 777-300ER:

Wybrałem loty Singapore Airlines ze względu na dobre opinie (chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście są takie dobre). Chciałem też odrobić braki w zwiedzaniu Singapuru (od 2005 wiele się tam zmieniło, a w 2009 miałem zbyt krótkie przesiadki). Wybrałem trasę przez Sydney, by pokazać miasto Monice i wreszcie przelecieć się A380. To był mój pierwszy lot na wschód z wylotem około południa (standardowo wyloty są późnym wieczorem). Różnica jest taka, że na miejsce przylatuje się nie późnym popołudniem, a wczesnym rankiem. Niby lepiej, ale w praktyce dla każdego na pokładzie przez cały lot jest biologiczny dzień. Ciężko o ciszę, ciężko o sen - tego niestety nie przewidziałem.
W Singapurze w planie mieliśmy wymianę walut (dolar na dolar nowozelandzki) oraz wizytę w ogrodach botanicznych, gdzie w pierwszej napotkanej altanie ... zasnęliśmy. Z ogrodów powoli przez Orchard Road dotarliśmy do Marina Bay na wieczorne zdjęcia. Kilka dni w Sydney opiszę przy innej okazji. Dla nas to był odpoczynek mający ułatwić przestawienie się na nową strefę czasową -12h.
Niestety, Singapore Airlines nie są tak dobre, jak opinia o nich. Poza strojami personelu nie różnią się specjalnie od Lufthansy. Siedzenia są nawet gorsze (dotyczy to zarówno A380 jak i B777-300), już po kilku godzinach stają się niewygodne (maksymalne wychylenie jest niewielkie jak w low costach, wcześniej coś takiego na dalszej trasie widziałem tylko w 757 American Airlines).

Do Nowej Zelandii dotarliśmy lotem air New Zealand. Po bardzo drogiej Australii, gdzie stać nas było tylko na fast foody, dostaliśmy na pokładzie bardzo obfity posiłek. Radość była wielka. W Christchurch na wyspie południowej wylądowaliśmy przed północą, Nowa Zelandia przywitała nas ostrym i rześkim powietrzem. Pierwszy nocleg z uwagi na późny przylot zarezerwowałem na campingu blisko lotniska. Następnego dnia o poranku odebraliśmy zamówionego wcześniej Forda Focusa z www.apexrentals.co.nz. Zrobiliśmy zapasy spożywcze na najbliższe dni i ruszyliśmy w stronę półwyspu Banksa. Po drodze zrobiliśmy piknik, silny wiatr nie zachęcał do wychodzenia z samochodu. Widoki robiły się coraz ciekawsze:

Półwysep Banksa to górzysty twór wulkaniczny, przyklejony do płaskiego w tej części Wyspy Południowej wybrzeża. Perłą półwyspu jest miasteczko Akaroa, jedyna pozostałość po nieudanej francuskiej kolonizacji.

Droga do Akaroa jest wąska i pełna zakrętów. Na początku jechałem bardzo ostrożnie, wybitnie pilnując trzymania się lewej strony jezdni (to mój debiut w ruchu lewostronnym), jednak już w drodze powrotnej zacząłem odczuwać coraz większą przyjemność z prowadzenia samochodu w tych okolicznościach. Przy okazji wyszły pewne wady samochodu: odpadła plastikowa owiewka przy drzwiach i pojawił się zapach palonej gumy przy ostrzejszej jeździe. Samochód wymieniono bez problemu, ale zajęło to trochę czasu.
Samo Christchurch ciągle podnosi się z gruzów po trzęsieniu ziemi, przez które miasto ucierpiało rok wcześniej. Odwiedziliśmy ogrody botaniczne w pobliżu których nocowaliśmy. Centrum jest niestety całkowicie zamknięte jako jeden wielki plac budowy:

Jest wyraźnie chłodno, ciepłe ubrania zdecydowanie się przydają. Pierwszy raz od wielu lat w podróży nie wystarczył mi bagaż podręczny, tym bardziej że poza większą liczbą ubrań zabraliśmy też śpiwory i namiot (udało się spakować w dwa plecaki po około 13 kg każdy – i tak nieźle!). Wraz z zapasami jedzenia cały bagażnik jest jedną wielką szafą.

Posted: 10-03-2012 by Robert Sadłowski

Fiordland i Queenstown

New Zealand

Z Christchurch udaliśmy się do Queenstown. To około 500km, nasz pierwszy długi przejazd. Najpierw przez równiny wschodniego wybrzeża potem płaskowyżem aż po skraj Alp Południowych. Na początku byliśmy nawet lekko zawiedzeni. Po widokach z Władcy Pierścieni i kolorowych folderach człowiek może się czuć lekko zdezorientowany. Liczyłem na nieco więcej egzotyki i więcej śladów maoryskiej kultury, a widoki były całkiem... europejskie, a momentami nawet polskie. Niewielkie zalesione pagórki do złudzenia przypominały nasze wyżyny w Polsce. Suchy płaski obszar Jezior Tekapo i Pukaki choć ciekawy, nie sprawiał wrażenia przyjaznego. Tam po drodze odwiedziliśmy malowniczy kościół Dobrego Pasterza:

W miarę podróży krajobrazy stawały się coraz ciekawsze. Droga zaczęła wić się zboczami gór, a w dolinach zaczęliśmy zauważać stada owiec. Nawet pogoda zaczęła się poprawiać.

Gdy dojechaliśmy wreszcie do Queenstown, byłem wreszcie zadowolony. Miasteczko jest co prawda bardzo cukierkowe i bogate, ale strome stoki górskie dookoła poprawiają jego odbiór. To zdecydowanie turystyczna stolica Nowej Zelandii (choć niektórzy uważają, że jest nią Rotorua na Wyspie Północnej, ale o tym później!).

Gdyby nie duże jezioro miasto przypominałoby mi nasze rodzime Zakopane.

Wiedząc, że temperatura nawet latem nocą spada tutaj do około 5C uznałem, że wolę dopłacić do noclegu w pokoju. Wybrałem Flaming Kiwi Backpackers i miejsce to jak najbardziej polecam. Lokalizacja prawie w centrum, a przy okazji przyjazne i pełne życia (są tu młodzi ludzie, choć generalnie w NZ dominują starsi turyści).
Następnego dnia o poranku wjechaliśmy kolejką na Bobs Peak. Jak na złość musieliśmy czekać prawie godzinę by cokolwiek widzieć (to była jedyna pochmurna godzina tego dnia).


Później odwiedziliśmy park usytuowany na półwyspie wciętym w jezioro (widocznym na zdjęciu powyżej) oraz pospacerowaliśmy komercyjnymi ulizkami w centrum w miasta. Dominują tam sklepy z odzieżą i sprzętem sportowym oraz oczywiście z pamiątkami. Zwiedzanie zakończyliśmy zakupem obiadowego hamburgera w lubianym przez turystów Fergburgerze.

Po południu wyjechaliśmy w kierunku Te Anau. Droga prowadzi dookoła jeziora Wakatipu, to kolejna malownicza trasa.
Te Anau sprawia wrażenie końca świata (takiego cywilizowanego końca świata). Dłuższy spacer wystarczy by zwiedzić je dokładnie całe. To niewielkie miasteczko żyjące powoli miasteczko. Tak spokojne, że aż martwe. Sielanka emerytów. Biegnie tędy jedyna lądowa droga do ikony Fiordland - Millford Sound. Aż boję się pomyśleć, jak wyglądałoby to miasto bez turystów.
W Te Anau także zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu ze względu na ryzyko niskich temperatur nocą.

Następnego dnia wyjechaliśmy w kierunku Millford Sound wcześnie, bo przed 6:00 rano. Było jeszcze zupełnie ciemno. Droga do Millford jest krajobrazowo bardzo ciekawa, ale świtać zaczęło gdy byliśmy już po drugiej stronie łańcucha górskiego. Po drodze mijaliśmy może 2 samochody:

Na miejsce dotarliśmy gdy było jeszcze ciemno, sporo przed godziną kursu statku którym mamy popłynąć aż do ujścia fiordu.

Specjalnie wybraliśmy tak wczesną porę, gdyż podobno rano jest największa szansa na dobrą pogodę . Poranne kursy statków wzdłuż fiordu są też najtańsze, a do tego mają śniadanie w cenie (pierwszy raz od dłuższego czasu mogliśmy się swobodnie najeść:). Było nam to na rękę też z tego powodu, że jeszcze tego samego dnia planowaliśmy powrót do Qeenstown, a to spora odległość.
Powietrze jest wilgotne i przejmująco zimne, uczucie chłodu potęguje narastający na otwartej wodzie wiatr. Ciężko wytrzymać na otwartym pokładzie dłużej niż klika minut. Ale dla przyjemnych widoków warto pocierpieć.

Ze stromych skalistych zboczy spadają do fiordu liczne wodospady, niektóre są naprawdę spore.


Po zakończeniu rejsu robimy sobie jeszcze wycieczkę lądem na pobliskie lotnisko (bogaci dolatują tutaj samolotami). Zgodnie z przypuszczeniami już około południa niebo jest zachmurzone:

W drodze powrotnej mogliśmy już przy świetle dziennym podziwiać widoki w pełnej krasie:

Droga do Millford jest sporym osiągnięciem technicznym. Kulminacyjnym momentem przeprawy jest tunel Homera. Jego budowę rozpoczęto w 1934 roku i trwała ona aż 19 lat. Tunel wykuty jest w litej skale, z jego sklepienia sączy się woda. W tunelu ledwo mieszczą się obok siebie dwa samochody osobowe, dlatego w godzinach szczytu, gdy do Millford jadą autokary z turystami ruch w tunelu odbywa się wahadłowo, co podobno czasem powoduje spore zatory. Rano mieliśmy ten komfort, że byliśmy w okolicach tunelu jedyni. Teraz musimy czekać.


Fiordland poza spektakularnymi widokami gór to także chyba nawet bardziej ciekawe lasy deszczowe. Lasy te z drogi wyglądają podobnie do naszych, ale warto zatrzymywać się przy szlakach biegnących lasem i udać się na dłuższy spacer (wszystkie szlaki są bardzo dobrze opisane i oznaczone). Wewnątrz taki las to już zupełnie inna bajka:



Dalszy powrót do Queenstown brzegiem jeziora to już czysta przyjemność:

Posted: 15-03-2012 by Robert Sadłowski

Haast Pass i lodowce

New Zealand

Podobieństwa widoków z Europą nadal widzę, ale w Nowej Zelandii te widoki są niemal co krok i nawet przy krótkich przejazdach zmieniają się bardzo szybko i to czasem radykalnie.
Po noclegu w Queenstown, przez Wanakę i Haast Pass ruszyliśmy w stronę zachodniego wybrzeża. To kolejna górska trasa, pełna zakrętów i widokowych niespodzianek. Z Queenstown do Wanaki warto jechać krótszą, ale trudniejszą trasą: Crown Range Rd (wskazany mocniejszy samochód, przejazd kamperem może być ryzykowny). W Wanace zatrzymujemy się nad brzegiem jeziora na krótki posiłek:

Dalsza droga to już mniejsze różnice wysokości w pionie, da się jechać o wiele szybciej, ale droga ciągle jest kręta, przeciska się pomiędzy Jeziorami Wanaka i Hawea. Nigdy jeszcze nie czułem takiej frajdy z jazdy samochodem i nigdy nie miałem częściej uczucia zmarnowanych okazji do dobrych zdjęć:

Im bliżej zachodniego wybrzeża tym więcej drzew. Haast Pass przywitał nas deszczem, ale to dodało tylko dreszczyku mojemu zaangażowaniu w prowadzenie samochodu. Tutaj czas za kierownicą mija bardzo szybko:

Na wyspie południowej powszechne są wąskie mosty z jednym pasem ruchu. Ruch jest tam tak niewielki, że zwykle nie tylko nie ma tam zatorów, ale przez takie mosty mało kto przejeżdża z prędkością mniejszą niż 80km/h:

Po drodze zrobiliśmy kolejny treking szlakiem na kamienistą plażę którą według przewodnika powinny zamieszkiwać pingiwny. Pingiwnów nie było, ale i tak było warto jeszcze raz zanurzyć się w lokalny las deszczowy. To jeszcze skraj Fiordlandu, a las już wygląda nieco inaczej (przypomina mi przyrodę Parku Narodowego Great Otway w Australii):

W okolicach Fox Glacier mieliśmy przewidziany pierwszy nocleg pod namiotem. Pole namiotowe pozostawiało wiele do życzenia, nawierzchnia była błotnista. Postanowiliśmy nie tracić czasu i podjechaliśmy samochodem na parking gdzie zaczynał się szlak do czoła lodowca. Pomimo zbliżającego się zmroku uznaliśmy, że zdążymy wrócić zanim będzie ciemno. Co prawda po drodze zaczęło padać, ale dzięki temu znowu byliśmy jedynymi turystami i dzięki temu lodowiec podobał się nam jeszcze bardziej:

Padać już nie przestało i padało całą noc. Namiot wytrzymał. Obawiałem się o pogodę następnego dnia i bardzo nie chciało mi się wstawać, ale widok który zobaczyłem po wyjściu z namiotu zadziałał lepiej niż kawa. Nie tylko było ładne niebo, ale okolicę spowijała delikatna niska mgła.

Korzystając z tej porannej aury szybko podjechaliśmy na parking z którego wychodzi krótki szlak do jeziora Matheson znanego z ciekawej panoramy szczytów Alp południowych:

Szybko zaczeło robić się ciepło, mgła się rozmyła, ale przesiąknięta nocnym deszczem ziemia zaczęła intensywnie parować. Dzięki temu udało mi się zrobić ciekawe zdjęcie przez przednią szybę samochodu w drodze powrotnej na pole namiotowe (w tle za obłokami są zalesione góry):

Tego dnia do przejechania jest około 800km, więc szybko wrzuciliśmy mokry namiot na tylne siedzenie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Widząc panoramę gór na tle czystego nieba uznaliśmy, że jakoś to będzie i warto jeszcze odwiedzić pobliski lodowiec Franz Josef. Chcieliśmy przejść szlakiem w stronę lodowca nie dalej niż kilometr, by zobaczyć coś więcej:

Widoki iście alpejskie, poniosło nas trochę i doszliśmy niemal pod czoło lodowca:

Dalsza podróż była monotonna z krótkimi przystankami na zakupy i jedzenie. Odwiedziliśmy jeszcze znane z jadeitowych wyrobów miasto Hokitika. Czas naglił, a wiedziałem, że końcowy odcinek drogi do Marahau nie będzie najlepszej jakości. Wolałem go więc przejechać gdy jest jeszcze jasno. Z tego powodu z bólem serca musiałem mijać fantastyczne krajobrazy wschodnich obrzeży Parku Narodowego Kahurangi. Po prostu nie było już czasu nawet na zdjęcie.
Na pole namiotowe u wrót Parku Abel Tasman dotarliśmy gdy było prawie ciemno. Namiot rozbiliśmy z latarką (nawet po drodze wysechł).

Posted: 15-03-2012 by Robert Sadłowski

Abel Tasman i droga do Picton

New Zealand

Park Narodowy Abel Tasman to sielankowe miejsce. Zalesione wzgórza poprzecinane dolinami niewielkich rzek stykają się z spokojnymi wodami zatoki Golden Bay. Pomiędzy wzgórzami ukryte są malownicze plaże, a ujścia rzek tworzą rozległe płycizny idealne dla tych którzy lubią kajaki. Park jest stosunkowo niewielki, ale praktycznie nie ma w nim dróg. Jedyną formą bezpośredniego zwiedzania jest szlak pieszy wzdłuż wybrzeża oraz zwiedzanie z wody. Główna formą komunikacji są łodzie bazujące w Marahau (korzystaliśmy z AquaTaxi). Podwiezienie do wybranej plaży należy zamówić wcześniej. Tak wygląda wsiadanie i wysiadanie:

Cały szlak pieszy przewidziany jest na 3dni, przy czym część plaż można przejść tylko podczas odpływu co wymaga planowania. Mamy tylko 2 dni, uznaliśmy, że damy się wywieźć gdzieś w okolice połowy trasy, a po drodze przenocujemy w namiocie. Jest tutaj podobno kilka schronisk, ale warunki są w nich spartańskie, a ceny jak w hotelach. Wolałem dołożyć do plecaka namiot i oszczędzić. Trasa jest prosta, ale wcale nie płaska. Pomiędzy plażami są niewielkie wzniesienia, jednak dały mi w kość gdy szedłem z prawie 20kg plecakiem (z namiotem, śpiworami i zapasem wody oraz jedzenia na 2dni). Nie było lekko, ale było fajnie :)

Szliśmy chyba za szybko, bo do Torrent Bay, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg dotarliśmy chwilę po 15-tej. Rozbiliśmy namiot w krzakach, gdzieś przy samym brzegu i ... niewiele więcej z tego dnia pamiętam, tak byłem zmęczony.

Następnego dnia szło mi się lżej (mniej jedzenia i picia w plecaku). Świadomość, że już blisko dodawała nam siły, ale bardziej chyba chodziło o to, by się wreszcie wykąpać, niż odpocząć :)

Pogoda na szczęście dopisała do końca, popsuła się dopiero następnego dnia rano w dniu gdy musieliśmy opuścić wyspę południową. W okolicach Nelson padało na tyle mocno, iż miałem obawy, czy jadąc bardziej malowniczą północną trasą do Picton zdążymy na prom. Zaryzykowaliśmy i chyba było warto, bo kapryśna pogoda wcale nie popsuła widoków:

Bez problemów dojechaliśmy do przystani promowej na czas, w zasadzie czasu zostało nam sporo. Picton znajduje się w malowniczej dolinie którą morze wcina się głęboko w głąb lądu tworząc fiord:

Prawdopodobnie to naturalny port, stąd rozwój miasteczka, które i tak okazuje się niewielkie, do obejścia w pół godziny.
Stosunkowo wąskim fiordem płynie się długo, widoki ciągle nie pozwalają oderwać oczu. W pamięci zostaje ostatnie spojrzenie na wyspę południową:


Jednak zejść pod pokład było warto. Na promie jest tanie i dobre jedzenie. To kolejna, druga już okazja by się najeść. Tym razem czymś konkretniejszym, niż śniadanie. Od wyjazdu z domu nie zjadłem tak dużo i tak dobrego jedzenia (szczególnie podczas kilkudniowego pobytu w Sydney trzeba było zaciskać pasa).

Opuszczając wyspę żałuję, że nie przejechaliśmy Arthurs Pass i że nie odwiedziliśmy Kaikury, może uda się następnym razem.
Jestem już niemal pewny, że to co przyciąga do Nowej Zelandii to zdecydowanie odległość. Każdy chce być na końcu świata. Jednak to co przyciąga do Nowej Zelandii ponownie to niespotykane połączenie dzikiej i czystej przyrody, niewielkich miasteczek zamieszkanych przez przyjaznych ludzi oraz stosunkowo dobrej infrastruktury jak na tak niską gęstość zaludnienia wyspy południowej.

Pierwsze spojrzenie na wyspę północną budzi respekt i mam przeczucie, że nie wróży niczego dobrego:

Posted: 15-03-2012 by Robert Sadłowski

Wellington - Tongariro - Rotorua

New Zealand

No i jesteśmy Wellington, już na wyspie północnej. Od pierwszego dnia mam wrażenie, że pogoda przestała nam sprzyjać. Dopływaliśmy we mgle, a gdy tylko zjechaliśmy z promu zaczęło padać. Następnego dnia pomimo, że większość serwisów internetowych podawałą, iż w Wellington świeci słońce my doświadczaliśmy tylko zimna i wilgoci. To miasto ma jakiś swój własny mikroklimat i pewnie podobnie jak w San Francisco część miasta może być słoneczna, podczas gdy inna część w tym samym czasie spowita jest gęstą mgłą. W Wellington znowu śpimy w hotelu, ale to tutaj jedyna opcja jeśli chce się być blisko centrum. Wybraliśmy tani hotel w sąsiedztwie ogrodów botanicznych. Na mapie wydał się być bliski centrum, w rzeczywistości jednak dzieli go spora różnica poziomów w pionie. Mieszkamy znacznie powyżej centrum:

Wellington przypomina mi San Francisco nie tylko z powodu pogody, ale także z powodu specyficznej architektury, artystycznej i kulturalnej atmosfery oraz górzystego ukształtowania terenu. Domy poukrywane na zielonych wzgórzach to pokolonialne wiktoriańskie klimaty:

Centrum także jest zadbane i przyjemne. Zdecydowanie ma swój urok:

Główne ulice tętnią życiem kulturalnym. Knajpy i kawiarnie są wieczorami pełne, a przy tym wyraźnie dopieszczone estetycznie. Odwiedziliśmy także wytwórnię filmową na Miramar. Wytwórnię znaną z jednego z najlepszych towarów eksportowych Nowej Zelandii, czyli ekranizacji powieści Tolkiena:


Po 2 dniach odpoczynku ruszyliśmy na północ w stronę Parku Tongariro. Wyjazd z Wellington to bardzo ruchliwa droga szybkiego ruchu, na wyspie południowej takich nie było. Ruch zmniejsza się dopiero po około 100km. Zrobiliśmy po drodze spore zapasy jedzenia, zaszaleliśmy nawet i kupiliśmy ciasto na pocieszenie. Padać przestaje dopiero wieczorem, gdy docieramy w okolice Parku Tongariro. W oddali widać masyw wulkanu Ruapehu. Zatrzymujemy się na pierwszym napotkanym campingu w miasteczku Raetihi.
Na następny dzień mieliśmy w planie przejście szlakiem Tongariro Alpine na campingu lokalni mieszkańcy uświadomili nas, że padać raczej nie przestanie i poradzili nam by wyjechać samochodem jak najwyżej się da na zbocza Mt Ruapehu i jeszcze wyżej wjechać wyżej kolejką linową, bo być może to wystarczy by znaleźć się ponad chmurami. Tak też zrobiliśmy i prawie się udało. Dotarliśmy 2km od szczytu Ruapehu i mieliśmy już nad sobą niebieskie niebo oraz słońce, ale na boki chmury ciągle w dużym stopniu zasłaniały nam widoki. Było przy tym cholernie zimno.
Zbocza Ruapehu to atrakcyjne obszary narciarskie zimą. Większość infrastruktury dla turystów właśnie zimą działa tutaj pełną parą. Podobno tutaj kręcono wiele ujęć Mordoru.

Po zjechaniu na dół, wobec sporego zachmurzenia i ryzyka deszczu uznaliśmy, że czas jechać dalej do Turangi i Taupo, a Tongariro odwiedzimy jeszcze innym razem. Jednak po drodze zauważyłem sporą dziurę w chmurach akurat w okolicach Alpine Crossing. Stwierdziliśmy, że jeśli uda nam się szybko dojechać do parkingu to być może uda się przejść choć 2-3km wzdłuż szlaku zanim dziura się zamknie. Zjechaliśmy więc z głównej drogi na szutr, po którym pędziłem 60-80km/h. Czułem się jak na rajdzie (tam wszystkie samochody są raczej mocne z uwagi na różnice poziomów na drogach). Udało się dojść nawet dalej niż planowaliśmy, jednak na przejście całego szlaku nie było już szans. Zobaczyliśmy w zamian szczyt Mt Ngauruhue (czyli Tolkienowski Mt Doom):

Podczas postoju w punkcie widokowym na Jezioro Taupo zrobiliśmy sobie piknik, jezioro nie zrobiło na nas większego wrażenia. Po drodze do Rotorua podczas chwilowej poprawy pogody zatrzymaliśmy się jeszcze przy wulkanicznych jeziorkach Wai-o-tapu, ale skala komercji szybko nas do dłuższego pobytu zniechęciła.
W Rotorua zatrzymaliśmy się na kempingu Top10 niemal w centrum. Wieczór, noc i poranek w deszczu. Załamanie pogody próbowaliśmy sobie osłodzić ciastem kupionym przy wyjeździe z Wellington, ale ...ciasto znikneło. Przeszukaliśmy samochód wielokrotnie i nie ma. Prawdopodobnie wyjęliśmy je z bagażnika z innymi zapasami na kampingu w Raetihi i tam w kampingowej kuchni zostało. To jak na razie największa porażka od początku wyjazdu. Próbowaliśmy znaleźć motywację do odwiedzenia lokalnych gejzerów w Arikikapakapa Reserve, ale zrobiono z nich parki tematyczne z olbrzymią ilością komercji i niemal kosmicznymi cenami. Rotorua stara się marketingowo być ważnym punktem na mapie turystycznej Nowej Zelandii, ale faktycznie to bardzo skomercjalizowane miejsce, które odwiedzają głównie autokary z Auckland (bo blisko) z zorganizowanym wycieczkami. Szczerze współczuję tym którzy przylatują na antypody na krótki pobyt i trafiają do Rotoruy. Nie warto. To takie wulkaniczne Las Vegas.

Posted: 15-03-2012 by Robert Sadłowski

Coromandel

New Zealand

Pakujemy się i uciekamy dalej, tym bardziej, że prognozy przewidują iż ładna pogoda przyjdzie z zachodu. Kierujemy się w stronę Matamata, czyli Tolkienowskiego Hobbitonu. Gdy docieramy do miasta staje się cud, chmury znikają i zaczyna świecić słońce. Wiedziałem, że Hobbiton jest w pewnej odległości od miasta i że można go zwiedzić tylko wycieczką zorganizowaną, ale nie wiedziałem, że są one aż tak drogie. Nie poddajemy się i mając tylko orientacyjne informacje zaczynamy go szukać na własną rękę. Udaje się, znajdujemy go, ale niestety z ulicy niemal nic nie widać. Mogę tylko powiedzieć, że Hobbiton jest właśnie gdzieś tutaj:

Jedziemy dalej. Zatrzymujemy się jeszcze w Karangahake Gorge, gdzie łazimy po lokalnych szlakach i oglądamy pozostałości starej kopalni. Jeszcze przed Whangamata teren staje się bardziej górzysty, a pomiędzy pagórkami coraz częściej widać błękitny ocean. Prowadzenie samochodu znowu stało się przyjemnością taką jak na wyspie południowej.
Docieramy wreszcie do miasteczka Tairua, gdzie znajdujemy jakiś kamping w prywatnym ogródku. Miasteczko sprawia wrażenie bogatego, bardzo zadbanego, nie jest jednak tak turystyczne jak Queenstown. Architektura jest na wysokim poziomie (drewno i szkło), stali mieszkańcy to w dużej części emeryci, a duża część domów to weekendowe rezydencje bogatych mieszkańców Auckland. Pewnie nie tylko ja doceniam tutejsze walory jazdy samochodem, bo już na wyspie południowej mijaliśmy sporo zabytkowych aut, jednak tutaj jest ich jeszcze więcej:

Tairua ma też ciekawy walor geograficzny. Spora część zabudowy usytuowana jest na zboczach niewielkiego wulkanicznego pagórka. Góra Pako, bo tak się nazywa, połączona jest ze stałym lądem tylko wąską groblą. Oczywiście następnego dnia z samego rana przed wyjazdem wspinamy się jeszcze na górę by zrobić kilka zdjęć:

Udajemy się w kierunku Cathedral Cove, po drodze mijamy kolejne malownicze i zadbane miasteczko Hahei:

Lokalna zabudowa wygląda tutaj jak u wybrzeży Australii, czyli bogato i architektonicznie ciekawie:

Zostawiamy samochód i idziemy szlakiem wzdłuż wybrzeża. Przyroda jest inna niż na wyspie południowej, bardziej tropikalna, ale nie mniej bajkowa:

Docieramy wreszcie do plaży z formacją skalną Cathedral Cove. To w tym miejscu rozpoczyna się akcja drugiej części filmowej adaptacji Opowieści z Narni:

Warta odwiedzenia jest jeszcze znajdująca się w pobliżu plaża Cooka w której okolicy w 1769r kapitan James Cook obserwował przejście Merkurego na tarczy słonecznej. W miejscowości Whitianga jemy najlepsze Fish and Chips, może dlatego, że mniej jest tutaj drogich rezydencji, a więcej ludności zajmującej się rybołówstwem. Miasteczko nie wygląda już jak kurort, ale jak miasteczko:

Zachęcony przewodnikowym opisem i wcześniejszym doświadczeniem jazdy na szutrze skręcam jeszcze na drogę Black Jack Road i docieramy aż do plaży przy Opito Bay. Turystów tutaj nie ma już w ogóle. Wieczorem kolejną malowniczą trasą w poprzek półwyspu docieramy do Coromandel Town, gdzie chyba nie mamy wyjścia i wybieramy jedyny kamping Top10. Kamping jest bardzo zadbany, ale w zamian każą nam płacić dodatkowo za prysznice. Do Coromandel Town podobno latem zjeżdżają turyści z Auckland i rzeczywiście na kampingu jest sporo osób do przyjechali w własnymi łodziami, ale na głównej ulicy ich nie widać:

Pomimo wyjątkowo ciepłego i słonecznego dnia, właśnie tutaj przeżyliśmy najchłodniejszą noc. Jak na złość okazało się, że większość lokalnych turystów udaje się o 4-5 rano na ryby. Hałas był więc spory, wyspać i tak się nie udało. Ale nie ma co płakać. Jeszcze tylko suszenie namiotu z porannej rosy i w drogę:

Posted: 20-03-2012 by Robert Sadłowski

Piha i Auckland

New Zealand

Drogą wzdłuż zachodniego wybrzeża półwyspu Coromandel udajemy się do Auckland. Ta strona półwyspu ma już mniej malowniczą drogę. Im bliżej Auckland tym droga staje się szersza, a ruch większy. Przez centrum Auckland przejeżdżamy autostradą i od razu kierujemy się do nadmorskiej miejscowości Piha - to tylko 30-40km od centrum Auckland. Po drodze tankujemy już tylko tyle paliwa by na oko starczyło w sam raz do końca pobytu. To była nie do końca przemyślana decyzja bo im bliżej Piha tym bardziej górzyście, a drogi bardziej wąskie i kręte, więc zużycie paliwa znacznie wzrosło. Mieliśmy obawy czy uda nam się wrócić, tym bardziej, że najbliższe stacje benzynowe są właśnie w Auckland. Dojazd do Piha robi wrażenie, zjazd jest stromy:

W tej okolicy jest tylko jedno sensowne miejsce na nocleg: olbrzymi Piha Domain Motor Camp. Nie tylko dlatego, że to chyba jedyny kamping w okolicy, ale także dlatego, że jest tani i w świetnej lokalizacji: tylko kilka minut spaceru od plazy.



To ostatnia noc w namiocie. Namiot miał wyschnąć przed ostatnim pakowaniem i prawie mu się udało, ale deszcz pojawił się tak szybko, że namiotu złożyć nie zdążyłem. Padało może 2-3 minuty. Chwilę później zaatakowały nas kaczki i jakieś inne ptaki, pewnie w oczekiwaniu na resztki jedzenia które zwykle zostawiają im wyjeżdżający:

Przed powrotem do Auckland mamy jeszcze w planie wizytę w Karekare. To tylko kilka kilometrów na południe od Piha, ale trzeba wjechać na grzbiet górski i ponownie zjechać. Zjazd na dół był tak stromy, iż nasze obawy o ilość paliwa stały się jak najbardziej realne, ale nie było miejsca gdzie dałoby się zawrócić. Plaża Karekare jest znacznie bardziej wysunięta na otwarty ocean niż ta w Piha, wiał więc tak tak silny wiatr, że ciężko było iść. Nie było tam poza nami nikogo. Atmosfera wręcz apokaliptyczna. Szybko uciekliśmy na szlak do wodospadu Karekare wgłąb lądu:

Podczas powrotu do Auckland, szczególnie przy podjeździe z Karekare spalanie paliwa ociągało momentami 100litrów/100km. Do najbliższej stacji dojechaliśmy na oparach, ale się udało. Na koniec zostało nam już tylko zwiedzanie Auckland. Centrum jest intensywnie zurbanizowane i widać, że to miasto skupia krajowy kapitał. Choć pod względem ilości mieszkańców miasto nie jest duże.

O zamiłowaniu do aktywnego stylu życia mieszkańców świadczy rozmiar mariny:

Ostatni nocleg spędzamy w hotelu w dzielnicy Mangere w zasięgu lotniska. Na szczęście dostajemy bardzo duży pokój jest więc miejsce na dosuszenie namiotu i rozpakowanie samochody, który przez całą podróż był naszą garderobą i kuchnią w jednym. Większość posiłków przyrządzaliśmy sami, produkt spożywcze są tutaj niewiele droższe niż w Polsce, ale ich jakość jest o wiele wyższa (przypomniałem sobie jak smakuje prawdziwe mleko i prawdziwy ser). Restauracje są w Nowej Zelandii bardzo drogie (poza fastfoodami oczywiście). Jeszcze wieczorem odwożę samochód do wypożyczalni. Spisał się dzielnie, zrobiliśmy nim ponad 4000km. Jazda po lewej stronie nie jest większym problemem, łatwo się przestawić. Kierowca z wypożyczalni, który odwoził mnie do hotelu pytał o wrażenia z pobytu, cieszył się, że mieszka w pięknym i czystym kraju. Polskę kojarzył tylko z żużla, jest jego fanem i był dumny z tego, że kilka tygodni wcześniej wiózł na lotnisko Tomasza Golloba :)

Poza okolicą Auckland ludzie żyją w Nowej Zelandii spokojnie, domy wyglądają skromnie, na wyspie południowej czasem wręcz biednie. Z pewnością niewiele przeprowadza się do Nowej Zelandii dla lepszych zarobków, raczej dla innego życia. Widać, że turystyka jest tam ważna dla gospodarki. Wszystko co ciekawe jest dobrze oznakowane, zadbane, każde miasteczko ma w ofercie jakieś zorganizowane wycieczki, loty widokowe, szlaki trekingowe itp. Wyspa południowa absolutnie przerasta atrakcyjnością wyspę północną i szczerze mówiąc żal mi było spotkanych osób które z uwagi na ograniczenia czasowe zwiedzali tylko wyspę północną (zresztą im po tym co słyszeli od innych też nie było wesoło). Warto odwiedzić ten kraj, ale pod warunkiem trafienia na tani bilet.

Posted: 03-04-2012 by Robert Sadłowski