CAPETOWN 2016

MAPA

Tym razem Afryka

Amsterdam

Długo zastanawiałem się gdzie (daleko) polecieć tej jesieni. Planując miałem świadomość, iż po tym wyjeździe raczej czeka mnie dłuższa przerwa (biorąc pod uwagę sytuację polityczną i drastyczny spadek wartości naszej waluty przerwa może być bardzo długa).
W przypadku podróży z dzieckiem pula jest dosyć ograniczona. Rozpatrywałem znowu Japonię, Koreę, ludzie mocno polecali Oman lub Iran. Mnie jednak od kilku lat mocno ciągnęły okolice Kapsztadu. Tym bardziej, że w 2015 pojawiło się sporo promocji (z których wtedy nie mogłem skorzystać), a relacje po tych promocyjnych wypadach mocno utwierdzały mnie w przekonaniu, że jest to miejsce, które chcę zobaczyć.
Zacząłem szukać biletów. Na sam Kapsztad, nawet z dzieckiem, na 2tyg wydawało mi się zbyt długo. Chciałem to połączyć z czymkolwiek, najlepiej z Dubajem lub Mauritiusem. Ceny z Emirates były jednak nieakceptowalne, a przeloty za mile pomiędzy MRU i CPT zbyt drogie. Do samego CPT najlepsze ceny miał KLM/AF z Berlina. Sprawdziłem, gdzie jeszcze mogę z KLM/AF tanio dolecieć i całkiem poważnie rozpatrywałem bilet Berlin-Buenos i powrót CP-Berlin (praktycznie w tej samej cenie co sam CPT) i przelot za mile EZE-GRU-JNB-CPT (30tys mil i chyba 800zł dopłat). Ale uznałem, że na wypad z dzieckiem to nieco za dużo. Ostatecznie pozostał sam Kapsztad, ale zdecydowaliśmy się wyjechać z miasta na kilka dni trasą Garden Route w stronę Port Elizabeth. Nigdy wcześniej z KLM/AF nie leciałem, godziny lotów mi pasowały, dostępne terminy na przełomie listopada i grudnia także (na chwilę przed początkiem sezonu), więc bilety kupione. Dla spokoju, by nie startować z Berlina o dzikim poranku wybrałem połączenie z noclegiem w AMS.

Do Berlina dojechaliśmy samochodem, mały od czerwca nie leciał samolotem (dla niego to wieczność), był więc wyraźnie pobudzony. Tegel to lotniskowy koszmar, miejsce które trzeba jedynie przetrwać.

Ponieważ na miejscu i tak mieliśmy zarezerwowany samochód, uznaliśmy, że bierzemy wózek z którego mały już prawie nie korzysta, ale jednak przydaje się on na lotniskach i długich spacerach. Niestety w Berlinie nie pozwolono nam zabrać wózka do gejta, mało tego musieliśmy iść do odrębnego checkin w innym budynku by ten wózek nadać. Oznaczało to także potrzebę czekania na wózek na taśmie w Amsterdamie i stratę przynajmniej 20 minut. Wszystko poszło jednak dosyć sprawnie. Nocleg zarezerwowaliśmy w hotelu Ibis Budget zapewniającym darmowy shuttle (jeden z niewielu funkcjonujących sprawnie według opinii w sieci). Hotel zapewnia jedynie podstawowe potrzeby, ale większych nie mieliśmy.
Następnego dnia wylot o 10:10, więc sporo czasu (my i tak budzimy się zwykle o 6:00). Około 8:00 wyszliśmy z pokoju, o 8:30 byliśmy w terminalu. Tak jak przypuszczałem mały wybiegał i wyszalał się dzień wcześniej w Berlinie i dziś już lotnisko go tak nie emocjonuje (dotychczas na każdym locie były z tym spore problemy, w Poznaniu prawie wbiegł w szybę bo zobaczył w niej odbicie samolotu). Schiphol to spore lotnisko i zanim doszliśmy do gejta rozpoczął się już boarding. Czekał na nas 777-300er w malowaniu Sky Team. Zdążyłem po drodze zrobić tylko jedno zdjęcie:

Posted: 24.11.2016 by Robert

Najdalszy lot Ernesta

Kapsztad

Czytałem sporo negatywnych opinii o nowych (ciasnych) wnętrzach w 777 KLM, ale nie było tak źle (po JAL każda inna ekonomiczna wydaje się taka sama). System rozrywki pokładowej całkiem fajny (choć czasy nowości kinowych w samolotach chyba już minęły). Bardziej mnie drażnił potwornie powolny boarding (nie z winy załogi, która spisywała się świetnie, bardziej z winy ociężałych i rozleniwionych pasażerów). Okazało się, że na pokładzie jest sporo rodzin z dziećmi (nie wiem kiedykolwiek wcześniej widziałem ich na pokładzie więcej), co właściwie mnie uspokoiło w dociekaniach, czy kierunek jest przyjazny. Jak widać jednak jest.
Na tym locie system KLM sam wybrał nam miejsca chwilę po wystawieniu biletów (usługa dla rodzin z dziećmi). To samo powinien zrobić system Air France na locie longhoul powrotnym, ale nie tylko nie zrobił, ale przy każdym wejściu w rezerwację na stronie Air France ich system próbował z nas ściągnąć opłatę za wybór miejsc na locie KLM. Przy odprawie internetowej nie mogliśmy zmienić miejsc (ani na stronie KLM, ani AF, także w aplikacjach mobilnych), choć teoretycznie powinniśmy mieć taką możliwości. Aplikacje KLM/AF wymagają pilnie testów i poprawek.
Za oknem najpierw Sahara:

Później wilgotne mgliste powietrze i lasy:

Gdzieś w okolicach Gabonu i Kongo zaczyna zachodzić słońce. Za oknem przyjemne dla oka kolory:

Wyszliśmy z lotniska po 22:30 lokalnego czasu (po 21:30 naszego), dlatego przewidziałem nocleg w jednym z lotniskowych hoteli. W Kapsztadzie wybór jest pomiędzy 2 hotelami. Jednym drogim (400-500zł za noc z darmowym dojazdem z terminala) i drugim tanim (około 150-160zł za noc z dopłatą 35R (10zł) za transport z terminala za dorosłego). Nie miałem ochoty chodzić w nocy nawet w okolicach lotniska próbowałem więc dogadać mailowo z hotelem transport i marnie mi to szło. Ich odpowiedzi były takie, że w sumie nie wiedziałem, czy ktoś będzie na nas czekał, ale problemów nie było.
Rano udało się pospać nieco dłużej. Na piechotę idziemy po samochód do stanowisk Hertz. Niby mam rezerwację z wybranymi już opcjami ubezpieczeń w profilu Hertz Gold, ale tu nikt w ten profil nie patrzy, totalny bałagan. Po sporym zamieszaniu ostatecznie mam ubezpieczenie takie jak chcę i pakuję się do prawie nowego białego Clio (3500km przebiegu). Okazało się, że przez wózek ledwo zmieściliśmy się do bagażnika Zostaje nam niewiele czasu na zabranie rzeczy z hotelu i nieco niepewnie z dźwignią zmiany biegów po lewej stronie jedziemy do miasta:

Posted: 26.11.2016 by Robert

Pierwszy dzień

Kapsztad

Nie czuję się tu jeszcze pewnie, dlatego z lotniska jechałem autostradą tak długo aż się skończyła, a później według drogowskazów kierowałem się na V&A Waterfront. To nieco kiczowate, komercyjne miejsce, gdzie jednak jest duży wybór knajp, duże centrum handlowe z bankomatami i sklepami spożywczymi - czyli wszystko co potrzeba na początek. Fajne jest, że gdzieś pomiędzy drogimi sklepami i restauracjami powciskane są doki dla statków i rzeczywiście realizowane są tam jakieś prace stoczniowe. Szczególnie w obszarze bliżej centrum:

Wypłacamy pieniądze, kupujemy zapasy jedzenia, jemy coś na miejscu i po krótkim spacerze ruszamy dalej. Po drodze krótki przystanek z widokiem na Camps Bay:

Jest potwornie gorąco, nie spodziewaliśmy się aż takich temperatur, ale też w prognozach na ten i kolejny dzień było 35C. Normalnie powinno być w okolicach 23-27C maksymalnie za dnia. Niby to w pełni cywilizowany kraj i to bogate dzielnice, ale takich widoków u nas jednak jadąc samochodem nie ma:

Odkryłem, że mam nawigację w samochodzie !! Fajnie, przyda się i to bardziej niż myślałem. Przejazd przez Camps Bay zniechęca nas do wysiadania. Jest weekend, tłoczno, klimat kiczu plażowego za którym nie przepadam. Jedziemy w górę w stronę przełęczy pomiędzy Table Mountain, a mniejszą górą Lions Head. Prowadzi tam szybka droga łącząca centrum Cape Town z plażową Camps Bay, z której na przełęczy zjeżdża się drogą w stronę kolejki na Table Mountain oraz w drogę na Signall Hill mijającą górę Lions Head. Mały Ernest gdy tylko widzi jakąś górę opowiada, że chce na nią wejść. Jedziemy na wzgórze Signall Hill (dawniej na wzgórzu był masz na flagi ostrzegające statki o zmianach pogody), da się na nie spokojnie wjechać samochodem. Z wzgórza jest fajny widok na miasto, jednak z perspektywy czasu wydaje mi się, że później widziałem lepsze. Małemu najbardziej podobały się loty na paralotniach (też chciał lecieć):

Pospacerowaliśmy tam nieco i uznaliśmy, że jedziemy w miejsce noclegi. W Cape Town ceny hoteli w dobrych lokalizacjach są dosyć wysokie. W moim odczuciu wyższe niż w Europie. Starałem się szukać miejsc fajnych w niekoniecznie topowych lokalizacjach, ale też dobrych. Nie korzystałem wcześniej z airBnB, ale akurat tutaj relacja jakości do ceny w przypadku noclegów airBnB jest rewelacyjna. Wybraliśmy na początek studio w fajnej wilii zamieszkałej przez parę Szwedów. W rzeczywistości wszystko wyglądało nawet lepiej niż na zdjęciach z airBnB:


Generalnie ponieważ tutaj nie chodzi się za bardzo po ulicach wieczorami uznałem, że skoro będziemy wracać do “domu” wcześniej, warto szukać miejsc z fajnymi ogrodami i warto częściej zmieniać noclegi by nie znudzić się jedną lokalizacją (bardziej by mały się nie znudził). Tu ogród w pełni się sprawdził (tunele w zieleni, polowania na kota i rybki w stawie).
Reszta dnia przeznaczona na odpoczynek. Gdzieś podczas dnia zauważyłem, że mam mocno porysowany jeden kołpak (dziwne, bo pozostałe są bez żadnej rysy). Na wszelki wypadek zrobiłem zdjęcia.

Posted: 26.11.2016 by Robert

Table Mountain

Kapsztad

Kolejny poranek był leniwy, na tyle, że kosztowało nas to dłuższą o jakieś 15-20min kolejkę do kolejki linowej na Table Mountain. Przez kolejne dni dojazd tutaj byłby dla nas problematyczny, a dziś moglibyśmy w zasadzie dojść do dolnej stacji na piechotę. Dla wygody dowożę żonkę i małego pod samą kolejkę, a sam cofam się nieco do pierwszych wolnych miejsc parkingowych.
Bilet jest dosyć drogi, aż 255R (obecnie 1R = 0,305PLN, gdy kupowałem bilety 1R = 0,275PLN), by nie stać w kolejce 2x warto go kupić w sieci (bilet i tak ważny jest tydzień). Różne są teorie o jakiej porze dnia warto wybrać się na górę. Rano często szczyt spowity jest mgiełką, ale rano też jest lepsze światło i czasem fajny widok na mgiełkę na dole. Na godziny wieczorne była akurat promocja (50%), ale oznacza to spore kolejki w oczekiwaniu na powrót na co z dzieckiem nie mogliśmy sobie pozwolić. My jednak mamy pogodę absolutnie nietypową dla tego miejsca o tej porze roku, prawie 30C już o 9:00 rano, więc o mgiełce nie ma mowy.
Wagoniki kursują wahadłowo i poruszają się dosyć szybko. Na całej trasie nie ma zdaje się żadnego słupa, jedzie się pod bardzo stromym kątem do góry. Wagony są spore, mieści się w nich po 60 osób, a by każdemy dogodzić podłoga obraca się powoli podczas jazdy. W sieci wyczytałem, że pod podłogą są spore zbiorniki na wodę, która służy jako balast a przy okazji zaopatruje budynki na górze (pomimo tego, przy silniejszym wietrze kolejka jest zamykana - a wieje tu mocno i często):

Zakotwienie lin na górze wygląda solidnie:

Na górze jest płasko, gdyby nie widoki, byłoby nudno (widok na centrum, przy stadionie wzgórze Signal Hill, po lewej szczyt Lions Head, mój cel na wieczór):

A to widok na południe, miejsca jest naprawdę sporo. Góra ma ponad 1000mnpm, jest tu więc wyraźnie chłodniej, trzeba jedynie uważać na słońce.

Na koniec jeszcze widok na Lions Head, na dole widać nawet dach naszego domu

Na obiad idziemy do wyluzowanej low costowej knajpki Mixas (gdzieś w sieci przeczytałem o niej dobre zdanie, a jest blisko). A później krótka wycieczka do dzielnicy Dystrykt 6 (skojarzenie z filmem Dystrykt 9 jak najbardziej właściwe). Dawniej mieszkali tu niewolnicy, rzemieślnicy i kupcy. Nie tylko czarni, ale także przesiedleńcy (przymusowi) z Azji. Dzielnica aktywnie żyła, lecz gdzieś w połowie XX wieku spodobała się białym na tyle, że z czasem wszystkich jej mieszkańców przymusowo przeniesiono do nowych nieatrakcyjnych terenów Cape Flats, a Dystrykt 6 zrównano z ziemią, budując nowe domy. Dziś jest tam nawet zdaje się jakaś uczelnia wyższa, dzielnica nie zachwyca, ale cały obszar jest znany z lokalnego street artu:

Dziś Cape Flats to Mitchells Plain najniebezpieczniejszy obszar miasta. Wraz z sąsiednią dzielnicą Khayelitsha najgorsze slumsy. Nie da się tych obszarów nie zauważyć jadąc gdziekolwiek na wschód autostradą N2. To także okolice portu lotniczego.

Posted: 27.11.2016 by Robert

Lions Head

Kapsztad

Wróciliśmy do “domu” około 16:00. Odpocząłem, przebrałem się, uzupełniłem płyny i to na zapas, nieco po 17:00 ruszyłem na zachód słońca na Lions Head. Musiałem wychodzić w ukryciu, bo gdyby mały zobaczył też chciałby iść i byłby problem :) Na początku szlak idzie w górę bardzo łagodnie i ma szerokość autostrady. Widoki fajne, bo słońce jest już nisko. Camps Bay wygląda kusząco:

Szlak prowadzi na szczyt spiralą, dalej widzę fajne nabrzeże Sea Point, a to zliżenie na okolice Bantry Bay:

Idąc dalej mam fajny widok (już z góry) na Signal Hill:

I centrum biznesowe miasta. Ścieżka nadal jest przyjemna:

Widać cień Lions Head:

Chwilę później robi się fajniej i ciekawiej (choć na zdjęciu wygląda to groźniej niż w rzeczywistości):

W końcu wlazłem około 19:00. Zapas wody wypiłem gdzieś około ⅔ drogi, ale tu u góry jest już chłodniej i przyjemniej. By chronić się przed słońcem ubrałem taką całkiem przyzwoitą koszulę co niektórych na szlaku wyraźnie bawi. Miałem pewne obawy czy łazić po górach wieczorem, ale na szlaku były prawie tłumy. Widziałem nawet parę z na oko rocznym dzieckiem w nosidełku. To na szczycie, na zdjęciu oczywiście nie ja:

Posiedziałem na szczycie z 20-30 minut, nie czekałem aż słońce zajdzie, bo nie chcę wracać dalej zupełnie po ciemku (choć zabrałem latarkę). Nieco niżej powinienem mieć też niezłe widoki:

Już sporo niżej Camps Bay:

Widać w oddali zbliżające się chmury, to znak zmieniającej się pogody. Szkoda, że nie widać tego na zdjęciu (a filmu nie mam), ale struktura tych chmur była bardzo dynamiczna, było widać jak dosłownie pełzają po szczytach i zanikają osuwając się po zboczach:

Jeszcze z drugiej strony widok na centrum i szybko do domu. Zdążyłem spokojnie wrócić przed zmrokiem (szkoda, mogłem posiedzieć na górze dłużej):

Ten wieczorny wypad podobał mi się bardzo !! Być może z powodu dreszczyku emocji (bo przecież jest niebezpiecznie), ale z pewnością także z powodu widoków, unikalnego światła i przejrzystego powietrza. Taką wycieczkę zdecydowanie polecam !! Da się bezpiecznie zostawić samochód przed wejściem na szlak i po 2-2,5h jest się na dole (plus czas na kąpiel).

Posted: 27.11.2016 by Robert

Hout Bay

Constantia

Następnego dnia rano zgodnie z prognozą niebo jest zachmurzone. Pada nawet lekki deszczyk i jest na tyle chłodno, że nie chce nam się jeść śniadania na tarasie. Z czasem jednak pogoda się poprawia i już około 10:00 pomiędzy chmurami zaczyna przebijać się słońce. Po szybkim pakowaniu zostawiamy klucze w skrzynce na listy i odjeżdżamy. Parkujemy w pobliżu Companys Garden, miejskiego ogrodu w w centrum Kapsztadu założonego pierwotnie w XVII wieku jako plantacja owoców i warzyw do zaopatrywania przepływających tranzytem statków. Ogród jest fajny, zielony, ma kawiarnie i fajny plac zabaw:

Spokojnie można tam spędzić kilka godzin:

W bezpośrednim sąsiedztwie ogrodu znajduje się budynek parlamentu Republiki Południowej Afryki (rząd ma siedzibę w Pretorii, inne organy też są rozrzucone):

W tej samej okolicy znajduje się też główna katedra. A to widok wzdłuż ulicy Wale St. w stronę dzielnicy malajskiej kolorowej dzielnicy Bo-Kaap (ale to zostawiamy sobie na koniec):

Jemy obiad (znowu Mixas), zaopatrujemy się w jedzenie i kupujemy małemu książkę o lamparcie z którego jakiś plemienny wódz chce zrobić kołderkę. Książka w języku afrikaans do dziś jest dla małego hitem (żonka Monika zna holenderski więc afrikaans w dużym stopniu rozumie). Później na dłuższy czas opuszczamy centrum Kapsztadu i kierujemy się do miasteczka Hout Bay. Podróż jest krótka, generalnie odległości na półwyspie są niewielkie i pomimo górskiego ukształtowania terenu przejazdy są bardzo krótkie i sprawne. Wszelkie chmury zniknęły więc słońce praży na całego. Kierujemy się na plażę i do lokalnego portu:


Na jednym z zacumowanych tu starych statków starszy pan w stroju kapitana zachęca turystów do zwiedzania (bardzo ładnym angielskim). Nie korzystamy, ale inni jak najbardziej:

Na nabrzeżu jest fajna knajpka rybna, jemy więc tam drugi obiad:

Spacerujemu i odpoczywamy. Plaża wygląda na bardzo wietrzną (choć dziś nie wieje), od miasteczka dzielą ją wysokie wydmy, które praktycznie “włażą” na pobliskie drogi:

Jedziemy dalej w stronę dzielnicy Constantia, gdzie zatrzymamy się na kolejne 3 dni. Z Hout Bay to zaledwie kilka kilometrów przez niską przełęcz zwaną Constantia Nek. Bardzo szybko krajobraz z suchego i kamienistego zamienia się na malowniczy zielony. Po drodze jeszcze przed przełęczą widzimy pierwsze stare budynki winnic. Właśnie z winnic i to takich wysokiej klasy słynie Constantia. Jest to także prestiżowa dzielnica willowa. Jeśli miałbym kiedyś mieszkać w Kapsztadzie to chciałbym właśnie tutaj i to niekoniecznie dlatego, że według wikipedii mieszkał tutaj syn Margaret Thatcher i brat księżnej Diany.
Nasza kolejne kwatera także rezerwowana jest przez airBnB, także tym razem trafiamy bardzo dobrze. Nocleg jest dużo tańszy niż poprzedni, warunki nieco skromniejsze, ale pod wieloma względami jest … po prostu fajniej:

Hostem jest Włoszka Emma, wita nas po włosku, jest bardzo przyjazna i otwarta. Mieszka tu od ponad 20 lat i nie ukrywa, że we Włoszech nie byłoby ją stać na taki standard życia. Na airBnB oferuje 6 lokali, z tego 2 ma na posesji na której mieszka (w tym nasz). Posesja ma wspaniały, zadbany ogród. Do dyspozycji mamy basen, a nawet kort tenisowy. Popołudnie spędzamy na zabawach z psami Emmy, które na pierwszy rzut oka wydawały się co najmniej groźne:

Później idziemy jeszcze na mały spacer:

Okolica jest naprawdę malownicza. Wzdłuż dróg zielone zadbane trawniki. Nasze 3 dni na tę okolicę to zdecydowanie za mało.

Posted: 28.11.2016 by Robert

Kirstenbosch & Constantia Glen

Constantia

Wstaję około 6:00 rano i z sypialni przechodzę do naszej salono-kuchni, która jest mocno oświetlona wschodzącym słońcem. To przyjemne bo wieczory, noce i poranki są dosyć chłodne. Kątem oka zauważam, że coś się rusza… patrzę i widzę komitet powitalny na tarasie:

Ciężko się nie przestraszyć. Dobrze, że dzień wcześniej przekonałem się, że piesek jest przyjazny. W efekcie czuję się chyba bezpieczniej
Korzystamy jeszcze nieco z dobrodziejstw i przestrzeni ogrodu (to po lewej to nasz domek),

a to główne część budynku, na dole też lokal airBnB, u góry właściciele (jak widać działka jest spora, dla dzieciaka frajda):

pakujemy się i jedziemy do ogrodu botanicznego Kirstenbosch. Ogród jest jednym ze starszych na świecie, jest zadbany i bezpieczny. Największym hitem jest kładka pomiędzy i ponad koronami drzew:

Jest tu sporo wypoczywających lokalnych emerytów (mają chyba darmowy wstęp) oraz szkolnych wycieczek (albo raczej lekcji w-f) zajmujących praktycznie każdą wolną polankę:

Spędzamy tu kilka godzin. Dla mnie jest tu nieco nudno, ale to idealne miejsce na wypad z dzieckiem. Robimy sobie piknik. Jest przyjemnie. ale każdy lepszy widok ma w tle tę samą górę:

W drodze powrotnej przejeżdżamy jeszcze przez niby atrakcyjną architektonicznie dzielnicę Wynberg, ale nie zrobiłem tam chyba żadnego zdjęcia.
Na obiad jedziemy do polecanej przez naszą Włoszkę Emmę restauracji Greens (blisko naszego noclegu), gdzie serwują niezłą włoską kuchnię, a przy tym cenowo jest bardzo atrakcyjnie. Generalnie tutaj produkty spożywcze w sklepach są nieco droższe niż w Polsce (sklepy bardziej czyste i wygodniejsze, ale dominują samochodowe duże markety), ale restauracje są nieco tańsze niż u nas, zwykle fajnie urządzone i jedzenie też jest ładnie podane. Jada się tu jednak tłusto, sporo tłustego mięsa, do prawie wszystkiego tłuste frytki. To trochę nie moje klimaty, wolę więcej warzyw i owoców, ale nie narzekam.

Po obiedzie ruszamy na testowanie win do winnicy Constantia Glen. Winnica usytuowana jest wysoko, blisko przełęczy Constantia Nek. Od bramy wjazdowej jedziemy dosyć daleko pod górę wąską malowniczą drogą zakończoną niewielkim parkingiem.Budynek dla klientów znajduje się na szczycie jednego ze wzgórz, otoczony plantacjami winorośli, a w tle wyższymi górami. Słońce jest już dosyć nisko, wszystko wygląda więc bardzo atrakcyjnie:

Część pomieszczeń dla klientów wykończona jest nowocześnie, część stylowo. Wina testować można w zadaszonej przeszklonej części budynku lub na jednym z tarasów. Wybieramy taras:

Testowanie podstawowe kosztuje 55R i obejmuje 5 typów ich podstawowych win. Wystarczy, że tylko jedna osoba będzie testować, w menu są także inne opcje, żona zamawia kawę. Pomimo, że raczej preferuję włoskie wina wytrawne, tutaj najbardziej smakują mi białe i różowe, nieco słodsze. Całą otoczka jest niezwykle przyjemna, a personel luźny i przyjazny:


W oddali widać zabudowę sąsiedniej winnicy Beau Constantia:

Nie jest to chyba miejsce w które powinno przychodzić się z dzieckiem, ale nie mieliśmy wyjścia. Mały poczuł tutaj zew do biegania i mamy problem z okiełznaniem go. W sumie mu się nie dziwię, bo nam też się podoba i chętnie poczekalibyśmy w Constantia Glen do zachodu słońca. Z bólem serca wracamy do domu. Ja i tak jestem bardzo zadowolony
Robię jeszcze z naszego tarasu zdjęcie nocnego nieba:

Posted: 29.11.2016 by Robert

Winnice & Chapmans Peak Drive

Constantia

Dziś w planie na początek winnica Eagles Nest, sąsiadująca bezpośrednio z odwiedzoną wczoraj Constantia Glen. Ponownie musimy wypisać swoje dane przy bramie wjazdowej, parking i główny budynek są w zasadzie zaraz za bramą:


Tu przestrzeń dla klientów jest bardziej otwarta, a atmosfera nieco piknikowa. Mały miał pobiegać, ale akurat tu gdzie może, nie chce:

Jesteśmy pierwszymi klientami po otwarciu, więc początkowo jesteśmy sami. Tu pakiet 5 win do testowania kosztuje 50R, ale da się zamawiać je niezależnie. Ponieważ czeka mnie dziś jeszcze dłuższa droga do przejechania zamawiam próbki 3 win oraz platter z serami za chyba 150R (dosyć drogo). Nie spieszymy się:

Po Eagles Nest udajemy się do Groot Constantia. To najstarsza winnica w Południowej Afryce. Została założona w 1685 roku, niewiele później wydzielono z niej 2 inne winnice. Groot Constantia do duża marka, wszystko jest z większym rozmachem, a podejście do klienta jest tu bardziej masowe. Od bramy wjazdowej do głównych budynków prowadzi majestatyczna aleja:

Testowanie win nie jest tu obowiązkowe, można śmiało bez opłat zwiedzać część przeznaczoną dla turystów. Niestety docierają tu także autokary co nieco psuje klimat i krajobraz, ale i tak warto to miejsce odwiedzić. Pola z winoroślami dookoła są spore. W turystycznej części znajduje się muzeum, można zajrzeć do magazynu z beczkami:






Są tu też 2 restauracje. W lepszym miejscu jest restauracja Jonkershuis:

ale my jemy obiad w drugiej, o nazwie Simons:

Po obiedzie jedziemy zobaczyć plażę w Muizenbergu, ale bardzo mocno tu wieje. Generalnie ta strona półwyspu, od strony False Bay jest zdecydowanie bardziej wietrzna:


Dalej drogą wzdłuż brzegu jedziemy przez St James mijając plażę z kolorowymi domkami znaną ze widokówek (i okładki Lonely Planet):

Pomiędzy drogą, a plażą znajduje się funkcjonująca linia kolejowa, czego na widokówkach nie widać:

Krajobrazy przypominają mi nieco Nową Zelandię, tak wygląda z oddali miasteczko Fish Hoek:

Szybko przejeżdżamy na drugą stronę półwyspu w okolice plaży Noordhoek. Czytałem wcześniej, że plaża i okolice są popularnym miejscem do uprawiania jazdy konnej i rzeczywiście jest tu bardzo dużo stadnin:

Zostawiamy samochód i idziemy na spacer:

Plaża jest bardzo szeroka, ma jakieś 200m. Gdy tylko minęliśmy wydmy zaczęło mocno wiać, dalej było już bardzo nieprzyjaźnie, nieco kosmicznie, prawie jak na plaży Karekare pod Auckland w Nowej Zelandii. Jak widać nie wszystkich to odstrasza (liczyłem na takie zdjęcie z koniem, ale mam psa):

Wracamy do samochodu i wzdłuż zachodniego wybrzeża półwyspu jedziemy na północ do Hout Bay, gdzie już byliśmy. Prowadzi tu płatna, widokowa droga Chapmans Peak Drive. Jeszcze z góry podziwiamy rozmiar plaży Noordhoek:

I jedziemy dalej. Na trasie Chapmans Peak Drive dominują turyści. Przyznam, że co do tego miejsca miałem nieco większe oczekiwania. Było fajnie, ale liczyłem na coś więcej:



Wracamy do siebie dosyć wcześnie. Trochę mi szkoda, bo w sumie dałoby się jeszcze odwiedzić jakąś winnice. Podczas zachodu słońca z naszego tarasu przez przesmyk między drzewami fajnie widać masyw górski po drugiej stronie False Bay w okolicach Gordons Bay. Za kilka dni planujemy tam przejeżdżać drogą pomiędzy masywem, a zatoką. To zdjęcie z ogniskową 200mm, sprawdziłem później na mapie, odległość około 50km:

Posted: 30.11.2016 by Robert

Cape Point

Simons Town

Rano cieszymy się jeszcze urokami “naszej” posiadłości. Mały Ernest na początku zauroczył się psami, ale później w amoku zabawy jeden z psów obślinił mu głowę, a potem pomylił buta z piłką i próbował z tym butem uciec. To już nie mogło się podobać :) Dziś już słyszałem wersję, że to Ernest ugryzł psa, a nie odwrotnie, więc traumy nie ma :)

Żegnamy się z Emmą. Bardzo nam się tu podobało, jeśli tylko będziemy mieli okazję zdecydowanie tutaj wrócimy, zdecydowanie na dłużej. Dziś naszym celem jest Park Narodowy Cape Point. Jedziemy na południe drogą M64 “Ou Kaapse Weg” przez masyw górski. To najszybsza z 3 dróg którymi da się dojechać na południową stronę półwyspu (Chapmans Peak Drive i droga przez Muizenberg są powolne). Przy okazji po drodze mamy ładny widok na Constantię:

W Sunvalley Shopping Centre uzupełniamy zapasy jedzenia, tankujemy paliwo i jedziemy dalej na plażę w Kommetjie. O dziwo plaża jest blisko Noordhoek, ale tu nie wieje, jest przyjaźnie. Plażą rządzą surferzy:


Fale są jednak konkretne. Za każdym razem gdy widzę kogoś widowiskowo płynącego na desce, zanim zdążę zrobić zdjęcie wygląda to tak:

Mały obserwuje:

I jeszcze ostatnie spojrzenie na plażę. W oddali na środku kadru widać Noordhoek, a jeszcze dalej nieco po lewej Hout Bay:

Jedziemy dalej na południe, przed nami jeden z bardziej malowniczych odcinków drogi podczas całej podróży. Mijamy latarnię Slangkop:

I zbliżamy się do Misty Cliffs. Tu widoki oceanu są niesamowite. O dziwo przy praktycznie całym czystym niebie mamy wąski pas chmur dokładnie nad nami. Stoję i czekam na lepsze światło do zdjęć i dopiero po około 20 minutach orientuje się, że to nie są przypadkowe chmurki. Po prostu taki urok tego miejsca, chyba zimne wilgotne powietrze znad oceanu trafia na wzgórza i unosząc się tworzy coś takiego. Chmury szybko się przesuwają, ale powstają z niczego i gdy przemkną mi nad głową, rozpływają się i nikną nieco dalej:





Docieramy do bram parku narodowego. Opłaty za wstęp są tu spore. Razem płacimy 340R. Pierwszy punkt widokowy i widok na małą zatoczkę Smitswinkel Bay. Widać drogę do Simons Town, którą będziemy wracać:

Przez park prowadzą zadbane drogi, ruch jest jednak spory. Widać sporo autokarów i zorganizowanych wycieczek. Parking przy Cape Point zapchany. Z uwagi na dziecko mieliśmy wjechać na górę do latarni kolejką linową, ale jest chwilowo zepsuta i nie wiadomo, kiedy ruszy. To my i latarnia w tle:

Uznajemy, że szkoda czasu i idziemy na piechotę. Ernest trochę idzie sam, trochę go niosę. Pomaga mi krzycząc przy tym “one, two” co wyraźnie podoba się innym turystom. Kolejka linowa co prawda ruszyła, gdy byliśmy w połowie drogi, ale za późno, my już zaoszczędziliśmy na lepszy obiad. Już blisko:

No i udało się:

To widok z latarni w kierunku północnym, na park narodowy:

Cały półwysep ma dwa wysunięte na południe cyple. Jeden to Cape Point z latarnią, drugi to Cape of Good Hope, wysunięty na południe podobno nieco bardziej (podobno, bo tak niewiele, że na mapie tego nie widać). Pomiędzy nimi jest plaża nazwana nazwiskiem Diasa, dobrze widoczna z góry (Dias był żeglarzem portugalskim, który jako pierwszy opłynął Afrykę od południa w 1487r):

Do Przylądka Dobrej Nadziei da się dojechać bezpośrednio samochodem, trzeba jednak nieco wrócić. Droga jest malownicza biegnąca nabrzeżem:

Robimy jeszcze kółko po parku bocznymi drogami (Circular Dr), tutaj turystów nie ma już prawie w ogóle (minęły nas 2 samochody). Stajemy na krótkie spacery. Krajobraz to totalne pustkowie, nawet krzaki udają tu kamienie, ale ma to swój urok. My trafiamy na idealną bezwietrzną pogodę, ale zwykle bywa tu kapryśnie co pewnie totalnie zmienia odbiór klimatu okolicy (czasem podobno nie widać nic):


Kierujemy się do Simons Town, gdzie czeka na nas kolejny nocleg. Droga jest malownicza i po drodze zaczyna silnie wiać, gdy docieramy wieje bardzo mocno. Tym razem nieco zaszalałem, nocleg jest nieco droższy niż ten u “szwedów”, ale mamy prawie 100m2 z 2 sypialniami i widokiem na ocean przez ogromne okna (na False Bay dokładnie). Miejsce nazywa się Seagetaway Cottage, rezerwacje dostępne na airBnB i w wyszukiwarkach hoteli (rezerwuję na hotels.com, bo wychodziło najtaniej i opcje zwrotu były nieco bardziej liberalne, do tego da się płacić w PLN i płaci się z góry co pozwala zmniejszać ryzyko walutowe):


Podczas zachodu słońca doskonale widać drugi kraniec zatoki, z Simons Town mamy do niego bliżej niż z Constantii, tylko 35km:

Wieje coraz silniej. Na polskie warunki to już prawie huragan (lub halny, który kiedyś przeżyłem w namiocie). Czuje się dziwnie, otoczenie jest wybitnie morskie, widoki z okien nieziemskie, a do tego szum wiatru za oknem (i stukanie gałęzi o dom). Dotychczas wszystkie nasze noclegi tutaj były starannie ogrodzone, a ten nie ma nawet bramy na posesję, każdy może wejść i stanąć przed tym dużym oknem w sypialni :) Pomyślałem, że widocznie tu jest bezpieczniej i dzięki temu udało mi się zasnąć.

Posted: 1.12.2016 by Robert

Simons Town

Simons Town

Wiatr nie ustaje przez całą noc. Bez problemu budzę się po 5 rano na wschód słońca, warto było:


Poranek jest chłodny, jednak gdy tylko słońce wzniosło się nieco wyżej nad horyzont wnętrza robią się gorące. Plan na dziś mamy bardzo skromny. Zwiedzamy tylko najbliższą okolicę, korzystamy z dużej przestrzeni naszego domku i odpoczywamy przed dużą trasą zaplanowaną na jutro. Dojeżdżamy na parking przy plaży Boulders Beach, znanej ze sporej kolonii pingwinów. By nie przeszkadzać pingwinom zbudowano dla turystów kładki i tarasy widokowe. Wejście na samą plażę jest płatne, jak ktoś chce oszczędzić to z darmowej części też sporo widać.







W południowej części Boulders Beach jest mały plażowy zakątek między dużymi kamieniami, gdzie nie trzeba chodzić po kładkach, a można się nawet kąpać. Wejście też jest płatne, ale obowiązuje ten sam bilet co w północnej części plaży (o czym większość turystów nie wie i dzięki temu jest tutaj stosunkowo pusto):

a pingwiny są bardziej z bliska:

Później jedziemy na lokalny waterfront, miasteczko jest malutkie, ale nawet tutaj jest nieco komercyjnie:

Na głównej ulicy jest trochę fajnej architektury kolonialnej:

Obiad jemy w restauracji SAVEUR, zamawiam stek, ale nie wydaje mi się jakiś rewelacyjny:

I jeszcze widok na port z góry. Simons Town to główna baza marynarki wojennej Południowej Afryki (sprawdziłem, nie cumuje tu aktualnie cała flota, ale stoją 2 fregaty z 4 które marynarka posiada).

Posted: 2.12.2016 by Robert

W drogę...

Swellendam

Wstajemy wcześnie rano i od razu się pakujemy. W planie jest wyjazd o 8:00 rano. Domek w którym mieszkamy nie ma recepcji. Klucz odbieraliśmy z skrytki przymocowanej do ściany garażu i zabezpieczonej tylko kodem. Właściciel wieczorem napisałem, że rano nas odwiedzi i rzeczywiście przyszedł, przywitał się i poszedł. Przed wyjazdem nie zdążyłem mu jeszcze napisać do końca maila, że klucz zostawiam w skrytce, patrzę a on stoi w bramie.. w majtkach z ręcznikiem :) Pożegnaliśmy się i pojechaliśmy. Przed nami około 420-430 km do przejechania. W razie czego mam opracowane kilka alternatywnych krótszych tras. Jest na szczęście sobota i nie ma korków na drodze pomiędzy Fish Hoek i Muizenberg. Dalej jedziemy drogą pomiędzy False Bay, a tymi najgorszymi dzielnica. Bezpośrednio przed dojazdem do autostrady N2 jedzie się już praktycznie przez slumsy. Widok nie jest przyjemny, tutaj jest bardzo źle i widać jak duży to obszar:



Nie udało nam się dojechać nawet do Gordons Bay, trafiamy na korek. Uznałem, że mają nawigację jakoś go ominę, zjeżdżam jak tylko mam okazję i rzeczywiście jakoś udaje mi się jechać dalej w dobrym kierunku. Dzielnice jednak nie wyglądają na bogate. Nagle mały komunikuje, że musi do ubikacji. Boje się zatrzymywać na ulicy, dojechałem do stacji benzynowej (mały wytrzymał), ale okazuje się, że tu toalety są tylko dla pracowników, ale nikt nie robi problemów. Problem zażegnany :)
Jedziemy dalej na południe drogą R44, to właśnie ta droga między False Bay, a sporym masywem górskim widocznym z bardzo daleka (na zdjęciach z wcześniejszych dni). Bardzo szybko widoki robią się całkiem atrakcyjne, jazda jest przyjemna:


Na początku ruch spory, ale już okolicy Pringle Bay praktycznie go nie ma. Większość miasteczek po drodze wygląda na totalne odludzia. Taki też obraz spodziewałem się zobaczyć w miejscowości Hermanus. Miasto znane jest jako dobre miejsce do obserwacji wielorybów. W grudniu, a nawet listopadzie szanse na zobaczenie jakiegoś są nikłe, sezon to lokalna zima i wiosna, tak do października). Mocno się zdziwiłem gdy po wjechaniu do miasta zobaczyłem niemal tłumy na ulicach, mnóstwo sklepów i restauracji oraz drogie hotele, dużo hoteli. Zostawiliśmy samochód i poszliśmy na spacer na trasy spacerowe na nabrzeżu:



Później weszliśmy w uliczki centrum. Biednych turystów tutaj nie ma. Widzę sporo dziwnej młodzieży (umięśnieni, ładnie uczesani w różowych koszulkach - ostatni raz coś takiego widziałem na Key West na Florydzie). Uciekamy, po drodze do samochodu trafiamy na fajny targ staroci przy lokalnym kościele:

Jedziemy dalej, kolejny punkt to Przylądek Igielny. Najpierw jedziemy przez obszar winnic, później dominują ogromne obszary obsiane zbożem. Indywidualnego rolnictwa tutaj nie widzę. Mijane po drodze miasteczka coraz bardziej zaczynają przypominać to co zapamiętałem z Australii (Alice Springs w wersji mini). Na miejsce docieramy dosyć sprawnie. Miasteczko LAgulhas sprawia wrażenie końca świata, nie wiem z czego tutaj się żyje, widzę bardzo dużo prostych hoteli dla turystów. Jest to jednak miejsce w którym nie wiem co miałbym robić dłużej niż 1 dzień. Mijamy latarnię i dalej jest już tylko droga szutrowa. Jednak do tablicy Cape Agulhas jest już tylko około 1km:


Około 1,5-2km dalej na zachód od przylądka (też bez asfaltu) straszy wrak statku Meisho Maru, który wpadł na mieliznę w 1982 roku. Na starych zdjęciach widać, że wrak dosyć długo tkwił tam prawie w całości. Dziś widać tylko część dziobową, reszta gdzieś odpłynęła.


Wracamy na północ, w oddali widzimy ogromny słup dymu. Chyba palą się łąki lub zboże. Po minięciu miasteczka Bredasdorp jedziemy już prostą drogą do Swellendam, gdzie mamy kolejny nocleg. Czuję się dziwnie, bo przez całe 60 km do drogi N2 minęły mnie może tylko 2 samochody. Droga jest bardzo prosta i nudna. W oddali widać masyw górski i podnóża którego leży miasto Swellendam:

Generalnie prowadzi się tu samochód bardzo dobrze. Drogi, nawet te podrzędne są dobrej jakości. Główne drogi mają szerokie pobocza i często ograniczenie prędkości do 120km/h. Na większych podjazdach, których jest tu sporo często jest dodatkowy pas pod górę. Wolne pojazdy jadą poboczem, by nie blokować innych. Kultura jazdy (także w miastach) jest znacznie wyższa niż u nas. Nie ma pchania się, trąbienia, migania, obraźliwych gestów. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.
Docieramy do Swellendam. Nie miałem wobec tego miejsca żadnych oczekiwań, mieliśmy tu tylko nocować, ale miasto okazuje się być całkiem ładnym. Nasz nocleg, Aan De Oever Guest House, wybrany pod kątem ogrodu też zaskakuje na plus:

Właściciele, starsze małżeństwo, są bardzo mili. Zamówiliśmy najtańszy pokój, a ze względu na dziecko dostaliśmy znacznie większy gratis.
Ogród bardzo zadbany:


Jesteśmy zmęczeni, idziemy na spacer by coś zjeść. Centrum ma trochę fajnej starej architektury. Na ulicach w knajpkach widać jeszcze jakieś życie, ale gdy wracamy jest już pusto, wszystko pozamykane (a nie jest bardzo późno):



W hoteliku jest fajnie, nawet piwo w lodówce jest tanie prawie jak w sklepie, ale boli mnie gardło po samochodowej klimatyzacji i niestety piwo w tej lodówce zostało.

Posted: 3.12.2016 by Robert

Karoo...

Mossel Bay

Prognoza pogody na kolejny dzień była jednoznaczna. Chmury, dużo chmur. Warianty dalszej jazdy z Swellendam były 2, albo jedziemy najkrótszą drogą (niecałe 200km) i dalej zwiedzamy już coś na miejscu, albo jedziemy dookoła: najpierw przez pasmo górskie do Barrydale, potem niby malowniczą drogą R62 dosyć daleko na północ (aż pod kolejne pasmo górskie usytuowane z 60km na północ), aż do Oudtshoorn (miasta opisywanego jako światowa stolica strusiów) i dalej powrót na południe, znowu przez góry zjazd na niziny do miasta George, w którego pobliżu mamy kolejny nocleg. W tym wariancie mamy 300km do przejechania, więc teoretycznie też zostanie czas na jakieś ruchu na miejscu.
Weryfikuję plany z prognozami pogody. Całe wybrzeże ma być przez cały dzień zachmurzone, natomiast droga północą, za pasmem górskim ma mieć słońce. Wybieramy więc wariant “górą”.
Rano biegamy jeszcze po ogrodzie w naszym guest housie Aan De Oever. W cenie mamy pierwszy raz śniadanie (generalnie śniadania w hotelach, gdy trzeba za nie dopłacić są tu moim zdaniem drogie). Jemy na tarasie w ogrodzie. Śniadanie jest ładnie podane i dobre:

Pakujemy się i żegnamy z właścicielami. Większość gości robi dokładnie to samo, dla większości Swellendam to tylko nocleg w trasie, a szkoda. Dostajemy na drogę małą torbę z babeczkami. W zamian za te babeczki i większy pokój Aan De Oever zdecydowanie jeszcze raz polecam :)
Początek, czyli przejazd do Barrydale przez Tradouw Pass był jeszcze fajny. Samo Barrydale opisywane jako przyjazne, fajne miasteczko, mekka artystów okazało się puste i nijakie (znacznie poniżej Swellendam). Jadąc dalej czułem się jakbym jechał przez dziki zachód:

Później krajobraz zaczął mnie już nużyć. To półpustynia nazywana tutaj Karoo, a obszar w którym jesteśmy, ten pomiędzy dwoma pasmami górskimi to Little Karoo (na północ za górami zaczyna się Great Karoo i zajmuje już spory obszar kraju). Miasta są w odległościach 70-100km od siebie, pomiędzy nimi nic nie ma. Widzę czasem parkingi z stolikami by coś zjeść, ale bez drzew nie chce mi się tam stawać, bo słońce rzeczywiście świeci i to ostro, choć mamy tylko około 30C (strach pomyśleć, że dzień wcześniej było tu.. 47C).
Mijamy Ladismith, później Oudtshoorn, miasto spore, ale ulice puste. Strusie nas nie kręcą. Krajobraz ciągle taki sam (może jesteśmy rozpieszczeni kolorami i różnorodnością okolic Kapsztadu):

Zjeżdżamy wreszcie na dół w stronę George. Jedziemy godną podziwu autostradą, ale w pobliżu jest stara turystyczna droga nazywana Montagu Pass. Widoki nieco lepsze, wreszcie trochę zieleni:

Jeszcze wysoko w górach, a także na dole widzimy sporo ogromnych pół z chmielem. Okolica specjalizuje się w produkcji piwa. Rozmiary instalacji nawadniających robią wrażenie.
Nasz kolejny nocleg to Ilita Lodge. Długo szukałem sensownego noclegu w tych okolicach i albo są bardzo drogie, albo bardzo słabe. Budżet na noclegi nadwyrężyłem już w Kapsztadzie więc teraz do końca podróży oszczędzamy. Wybrałem to co wybrałem ze względu na znośne opinie i widoki. Hotelik znajduje się na szczycie wzgórza i widoki są fajne, ale lokalizacja to jednak zadupie i dojazd drogą bez asfaltu na ostatnim odcinku. Z tego co widziałem na ich stronie FB goszczą sporo grup zorganizowanych, jakieś konferencje itp, więc albo jest wszystko zajęte, albo puste. Trafiliśmy na puste i mamy wrażenie, że oprócz nas zajęte są może 2-3 pokoje. Do tego okazuje się, że nasza rezerwacja ze śniadaniem w cenie (przez hotels.com) tego śniadania nie powinna mieć. Dostajemy takie mini mieszkanko z salono-kuchnią i wydzieloną sypialnią. Wszystko nieco niskobudżetowe, ale jest też taras i fajny widok. Jakoś przetrwamy.
O dziwo pogoda także tutaj jest niezła, zza chmur przebija się co jakiś czas słońce (choć wg prognoz nie powinno), a cały półwysep z miastem Mossel Bay, który widzimy z okien, jest w słońcu. Mamy jeszcze sporo czasu do wieczora, jedziemy więc do Mossel Bay.
Miasto nie zachwyca, a po drodze pojawiły się jednak chmury także na Mossel Bay. Jedyny ciekawszy obiekt w mieście to latarnia:

Jamy jakiś późny obiad i wracamy do hotelu. Na pocieszenie zachód słońca z okna:

Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Według prognoz wraca piękne słońce.

Posted: 4.12.2016 by Robert

Garden Route

Plettenberg Bay

Śniadanie w Ilita Lodge całkiem fajne, personel bardzo miły (jeden z managerów był nawet kiedyś w Polsce, w Krakowie). Mini restauracja przy recepcji ma fajny taras:

Dziś jedziemy na wschód, bez konkretnego planu zwiedzając po drodze spontanicznie co się da. Na noc wracamy w to samo miejsce. Od Mossel Bay do George jest autostrada i to całkiem niezła. Dalej średnia prędkość mocno mi spada. Dojeżdżamy do miejscowości Knysna. Centrum mocno kiczowate i nudne i nie kusi nawet do wysiadania z samochodu. Okolica natomiast jest dosyć malownicza. Miasto usytuowane jest nad szerokim ujściem rzeki, ale odciętym od oceany wąskim skalistym przesmykiem. Przypomina mi to bardzo miasteczka Tairua i Pauanui w Nowej Zelandii:



Widać, że jest tu bogato. Nowoczesne domy, pola golfowe. Miasteczko sprawia jednak wrażenie opanowanego przez bogatych emerytów.
Jedziemy dalej. Podjeżdżamy do pobliskiego Knysna Elephant Park, licząc, że mały zobaczy chociaż słonia. Najbliższy sensowny park narodowy z zwierzętami to Addo w pobliżu Port Elizabeth, ale nie zdążymy tam dotrzeć i trochę żałuję, że zabrakło nam do tego tych 2-3 dni. Niestety najniższa stawka za obcowanie z słoniem to około 450R za osobę, czyli około 150zł. Słonia nie widać nawet przez ogrodzenie, więc dziękujemy i jedziemy dalej. Mały jest nieco rozczarowany i widzę, że długo już w samochodzie nie wytrzyma. Kawałek za Plettenberg Bay zaczyna się płatna niezła droga, a na niej most Bloukrans z najwyższym komercyjnym bungy na świecie (tak przynajmniej się chwalą). Wysokość mostu w najwyższym punkcie to ponad 200. Stajemy.


Skok kosztuje 950R więc nie tak drogo, znacznie taniej niż w Nowej Zelandii. Gdybym miał więcej czasu pewnie bym się skusił :) W restauracji z widokiem na most zainstalowany jest TV z transmisją z skoków na żywo. Mały Ernest jest zachwycony i komunikuje, że też chce skakać. Tak na wszelki wypadek tłumaczymy mu, że to się udaje tylko dzięki specjalnej lince, żeby nie próbował sam:

akurat ktoś leci:

Atmosfera wyluzowana i piknikowa, a przy tym standardowa sprzedaż pamiątek:


Jedziemy dalej. Niestety z braku czasu ominęliśmy fajny turystycznie obszar Natures Valley. W zamian wybraliśmy ujście rzeki Storms River, miejsce z dobrymi opiniami. Wjazd na drogę dojazdową jest płatny i to sporo (pomimo, że darują nam bilet dla dziecka i tak płacimy łącznie prawie 200R). Do tego w związku z przebudową drogi są jakieś objazdy, mieliśmy skręcić w drugą drogę w lewo, ale nie powiedziano nam, że taką z zakazem wjazdu. W efekcie przejechaliśmy ponad 1km w jedną stronę po czymś takim (tracąc prawie 20minut):

Po dojechaniu na miejsce jestem pod wrażeniem. Ogromne fale rozbryzgujące się o skaliste nabrzeże i to przy samym parkingu:

Główną atrakcją są tutaj wiszące mosty dla pieszych. Szlak do mostów ma około 1km, ale to głównie schody w górę i w dół. Do tego okazuje się, że główny budynek z restauracją, toaletami i całym zapleczem spłonął kilka dni wcześniej, trzeba obejść ogrodzone pogorzelisko mocno dookoła. Mijamy mini plażę, jakiś szaleniec siedzi w wodzie:

Ernest stara się iść sam, ale co jakiś czas muszę go nieść. Widoki z szlaku są fajne:




https://www.youtube.com/watch?v=Ji5pIQoJ4TM

Docieramy na mostu, mocno wieje, mały zachwycony:


To miejsce zobaczyć zdecydowanie warto. Polecam. W okolicach parkingu jest sporo infrastruktury campingowej, ale opłaty parkowe odstraszają (lokalni chyba mają taniej):

Przy Storms River spędziliśmy kilka godzin. Nie mamy już czasu na jazdę dalej, więc wracamy. Po drodze wjeżdżamy jeszcze do Plettenberg Bay i zatrzymujemy się na jednej z plaż:


Plettenberg Bay to miasto większe niż Mossel Bay, wygląda ciekawiej, bardziej malowniczo i wydaje się być mocno imprezowe. Jedziemy jeszcze na kilka punktów widokowych, najpierw z widokiem na południe (widać po lewej cypel Robberg Nature Reserve, z podobno dosyć trudnymi szlakami dla turystów):

Zdjęcie robiłem znad pań ćwiczącym jogę (czego nie widać, ale co oddaje klimat miejsca). Później jedziemy na inny punkt widokowy w północnej części miasta z widokiem na Keurbooms Lagoon i wieloryby (o ile są):

Uliczki i architektura po drodze ciekawe:


Teraz już wracamy do domu, ale jeszcze podczas przymusowego postoju pod Knysna na siusiu wyłapałem fajny domek:

Słońce prawie zachodzi. Jazda powrotna przy takim świetle, pomimo intensywnego dnia była już przyjemnością. Szkoda, że nie wykorzystałem wielu fajnych ujęć, ale nie było gdzie i jak stanąć. Dzień jak najbardziej udany :) Jutro wracamy do Kapsztadu.

Posted: 5.12.2016 by Robert

Tokara

Kapsztad

Wyjeżdżamy z hotelu około 8:00, zaraz po śniadaniu (skoro jednak jest w cenie, głupio nie zjeść). Do przejechania mamy niecałe 400km do okolic miasta Stellenbosch. Jeśli mały po drodze zaśnie powinno się udać dojechać szybko (na szczęście zasypia i śpi długo). Po drodze pierwszy raz podczas podróży wspomina, że chciałby się spotkać z dziadkiem i babcią, ale najlepiej w tym hotelu w którym był rano. Drogi są naprawdę dobre, jadę cały czas główną drogą N2, 90% trasy ma ograniczenie do 120km/h i rzeczywiście spokojnie można tyle jechać. Średnia wychodzi mi ponad 100km/h (jadę małym Clio i nieco ostrożnie). Nawigacja sugeruje by zaraz za Swellendam skręcić na północ i jechać mniejszymi drogami, bardziej przez góry, google by jak najdłużej jechać drogą N2. Widzę, że N2 jedzie się szybko, więc trzymam się tej opcji. Na obszarze za Swellendam widzę z daleka coś jakby słupy dymu w powietrzu w dziwnym żółtym kolorze. Po podjechaniu bliżej widzę, że to pola ze zbożem i pył unoszący się za ciągnikami. Taki krajobraz ciągnie się przez dziesiątki kilometrów. Zmienia się dopiero po zjechaniu z głównej drogi N2 i dojechaniu do Theewaters Nature Reserve. Zaskakują tu spore jeziora i kikuty drzew wystające z jednego z nich:

Chwilę później wspinamy się już na przełęcz w Mont Rochelle Nature Reserve z niezłym widokiem na miasteczko Franschhoek i winnice dookoła:

Miasteczko jest o dziwo jednym z pierwszym powstałych w południowej afryce. Założyła jest stosunkowo niewielka grupa protestantów zmuszonych do emigracji z Francji pod koniec XVII wieku (hugenoci). Osada zachowała do dziś swoje korzenie, wszystkie nazwy, szyldy, są po francusku. Miasteczko wygląda urokliwie, aż do przesady - za różowo, koronkowo i bogato. Nie zatrzymuje się. To już obszar administracyjny i okolica Stellenbosch, chwilę później dojeżdżamy do naszego głównego celu, winnicy Tokara. Podjazd wygląda okazale, krajobraz też nieźle:


Już na parkingu wita nas sztuka, małego ta rzeźba mocno rozbawiła:


Powiedziałem Ernestowi, że długo siedział, więc może sobie nieco pobiegać (później tego pożałuję). Idziemy dalej do głównego wejścia. Widzę po samochodach i strojach innych ludzi, że nie do końca tu pasujemy:

Cały budynek winnicy jest niezły. Mieści pomieszczenia techniczne, magazyny, a dla klientów sale do testowania i restaurację, która ma dobre opinie (i wcale nie wygórowane ceny patrząc na kontekst okolicy). Główne wejście:

Wszystko jest bardzo zadbane i architektonicznie dopieszczone. W sieci czytam, że winnica słynie z wykorzystywania najnowszych technologii do produkcji i doskonalenia win.


Z większości pomieszczeń są świetne widoki przez przeszklone ściany na pola z winoroślami dookoła:



Mały wpadł w szał biegania i mamy problem by nad nim zapanować. Wszędzie są automatycznie otwierane szklane drzwi co go jeszcze bardziej nakręca.

Ernest jest wypoczęty i najedzony więc ma siłę. My niestety wręcz przeciwnie, po ponad 40 min gonienia go mamy dosyć. Na jakikolwiek obiad, szczególnie w takim miejscu nie ma szans. Poddajemy się, siłą pakujemy go do samochodu i jedziemy dalej. Niebawem dojeżdżamy do Stellenbosch. To już praktycznie przedmieścia Kapsztadu (50km od centrum). Cała okolica słynie z winnic, a samo miasto z uniwersytetu i architektury kolonialnej. Nie zatrzymujemy się tu jednak na długo, robimy zakupy i przy okazji krótki spacer:

W planie była jeszcze przynajmniej jedna winnica: Kleinood, ale odpuszczamy ją (szczególnie, że nagle dosyć mocno się zachmurzyło). Generalnie z dzieckiem podróżuje się fajnie. Tempo jest sporo mniejsze, a zmęczenie raczej większe. Mały na początku czuł się niepewnie. Teraz przywykł, że codziennie jest w nowych miejscach i go to totalnie nie rusza. Nie boi się niczego, co dla nas oznacza większe obciążenie.
W Kapsztadzie jedziemy po drodze na obiad do znanej nam już knajpki Mixas. Później prosto do kolejnego, ostatniego już miejsca na nocleg: Guesthouse Altona Lodge w dzielnicy Green Zone. Mały prosty domek w bardzo dobrej cenie, z bardzo dobrymi opiniami i w dobrej lokalizacji bardzo blisko stadionu i w zasadzie spaceru od waterfrontu, a nawet centrum biznesowego. Nawet śniadanie w opcji dokupienia jest stosunkowo tanie (60R), jedyna wada to brak własnego parkingu. W wielu opiniach pojawiają się komentarze o problemach z parkowaniem na ulicy i mam pewne obawy, ale okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. Udaje mi się zaparkować bezpośrednio przed furtką. Dostajemy dziwny pokój z drzwiami bezpośrednio do recepcji i mamy w związku z tym pewne obawy (o hałas), ale później okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. W recepcji stoi już choinka:

Wieczorem idę jeszcze do sklepu kupić już to i owo do domu do Polski.

Posted: 6.12.2016 by Robert

Camps Bay

Kapsztad

Rano jedziemy na plażę do Camps Bay. Gdy byliśmy tam w pierwszych dniach, trwał weekend i plażę okupowały tłumy. Dziś powinno być spokojniej. Sama jazda wybrzeżem przez Sea Point już jest fajna. Mijam spore ilości rowerzystów. Po drodze chcę jeszcze odwiedzić fajne miejsce, cypel pomiędzy Clifton Beach, a Camps Bay. Oczywiście ze względu na widoki. Wcześniej sprawdziłem, że pomiędzy willami da się przejść z drogi The Ridge na skalne nabrzeże. Widok w stronę Camps Bay:

oraz w stronę Clifton Beach:


W powietrzu unosi się delikatna poranna mgiełka. Jeszcze widok na sam cypel (fajne miejsce by tu zamieszkać):


Zdecydowanie widać, że ten obszar zamieszkują bardzo bogaci ludzie. Camps Bay to (obok V&A waterfront) najbardziej oblegany przez turystów obszar Kapsztadu. Według statystyk jest tu najbezpieczniej, ale i ceny noclegów są bardzo wysokie.
Na horyzoncie widzimy dziwną ciemną chmurę, która bardzo szybko się zbliża:




https://www.youtube.com/watch?v=-DHU7M8IrI0
Chwilę później cała plaża jest we mgle i robi się wyraźnie chłodniej. Na plaży są nawet ratownicy:



Idziemy jeszcze pobawić się na pobliskim placu zabaw. W zasadzie kilkanaście metrów powyżej plaży mgły już nie ma:

W drodze powrotnej, gdzieś pomiędzy Bantry Bay i Sea Point tankuję paliwo za resztę gotówki. Tu mgły nie ma już w ogóle (widok na Lions Head):


Idziemy jeszcze na chwilę do naszego pokoju. Hotelik okazał się być bardzo przyjazny, większość gość jest starszych od nas, do dyspozycji jest ogólnodostępna kuchnia. Wszystko czyste, zadbane. Pełna kultura. Nasz pokój chyba jako jeden z niewielu ma fajny widok z okna:

Przebieramy się i idziemy na duży spacer. Tak wygląda nasz hotelik z zewnątrz:

Widać, że drzwi do naszego Clio są niedomknięte, przez co cały samochód był do wieczora otwarty, ale nic się nie stało :) Tak wyglądają uliczki dzielnicy Green Zone, to już prawie zbocza Signal Hill:

Po drodze idziemy obok zbudowanego na mundial stadionu, nie wygląda na mocno eksploatowany:

Odwiedzamy jeszcze na chwilę komercyjne okolice centrum handlowego na Waterfront (by coś zjeść):

Pisałem już o tym na początku relacji, ale obszar ten trzeba docenić za udane próby połączenia portowo-stoczniowego klimatu z drogimi restauracjami i ciekawymi ciągami pieszymi:



Nawet detal też jest fajny:


Idziemy w stronę mariny, okolica zmienia się na coraz bogatszą. Dochodzimy do mostu zwodzonego, który akurat jest podniesiony. Mam chwilę na kilka zdjęć:
https://www.youtube.com/watch?v=H38iJoRxzu4





Takie coś zauważyłem jeszcze bardzo blisko centrum:

Centrum Kapsztadu nazywane jest City Bowl - to cały obszar pomiędzy wzniesieniami Table Mountain, Lions Head, Signal Hill i Devil\\\\\\\\\\\\\\\'s Peak. Obszar z wysokimi biurowcami to Central Business District (w folderach i prasie: CBD), zlokalizowany jest pomiędzy portem, a starą częścią miasta. W CBD życia prawie nie widać. Dalej typowa ulica starszego centrum wygląda mniej więcej tak (skrzyżowanie Loop St i Waterkant St):

Widok wzdłuż Longmarket St. Drzewa to już Green Market Square:

W knajpach (których jest sporo) widać turystów, ale ulice są prawie puste - w porównaniu z Europą wygląda to dziwnie. Szkoda, bo widać, że miasto się stara, widać inwestycje w nowoczesne rozwiązania by zachęcać do zwiedzania miasta na piechotę (fajne deptaki, dużo przejść dla pieszych). Turyści wolą jednak Camps Bay i Waterfront. Do Green Market Square nie dotarliśmy, choć byliśmy już bardzo blisko.
Wracamy przez malajską dzielnica Bo-Kaap. Społeczność malajską zaszczepili tutaj holendrzy (Kapsztad był przystankiem pomiędzy Europą, a koloniami w Azji). Są tutaj nawet meczety. Dzielnica znana jest z małych kolorowych domów i brukowanych stromych ulic (zbocza Signal Hill):


Podobno oryginalnie te domy nie były aż takie kolorowe, z biegiem lat kolory zaczęto podkręcać, bo takie były oczekiwania turystów.
Wracamy, przeszliśmy z wózkiem niecałe 10km, udało się chyba tylko dlatego, że w centrum mały zasnął. Jestem zadowolony :)
Mamy jeszcze sporo czasu na pakowanie.

Posted: 7.12.2016 by Robert

Powrót

Poznań

Dzień powrotu do domu. Za oknem widać spore chmury (co nieco zmniejsza żal przed powrotem). Dwa dni wcześniej Air France zarezerwowało nam siedzenia w samolocie. Zrobiłem małą korektę tak, by pozostawić sobie szansę, na przejęcie całego środkowego rzędu 4 siedzeń dla naszej trójki (lecimy A380 AF).
Jemy śniadanie hotelowe (60R, ale myślę, że warto), pakujemy samochód i około 9:30 wyjeżdżamy na lotnisko. O 12:40 mamy wylot do Johannesburga liniami Kulula.com na numerach Air France. To tania linia będąca marką należącą do linii Comair, która operuje na lotach lokalnych jako Franczyza British Airways (nieco skomplikowane).
Do lotniska mamy około 20 km, w większości jedzie się autostradą, dojazd zajmuje około 20 minut. Po drodze pierwsze raz podczas pobytu widzimy szczyt Table Mountain w chmurach, co też ma swój urok:


Dotankowujemy kilka litrów na stacji benzynowej przy lotnisku (stacja jest przy drodze wyjazdowej, więc trzeba robić niezłe pętle, jeśli tankuje się przy dojeździe na lotnisko) i dojeżdżamy do stanowisk zwrotu samochodów. Pani od razu zauważa zdewastowany kołpak i podekscytowana pokazuje mi formularz według którego wszystko było nietknięte. Spodziewałem się tego i pokazałem jej zdjęcie kołpaka które zrobiłem w dniu odbioru samochodu (choć kilka godzin po odbiorze) i tłumaczę, że widać po kolorze tych rys, że nie są nowe. Pani mnie pochwaliła za dobrą reakcję i kazała iść do swojego supervisora, który kazał mi przesłać zdjęcie mailem. Tak, też po powrocie do domu zrobiłem i jeszcze tego samego dnia wrócił depozyt. Do dziś nie ma żadnych dodatkowych obciążeń, więc zakładam, że jestem już bezpieczny.
Odprawa na lotnisku bez problemów, choć wózek został nadany tylko do JNB. Security szybko i sprawnie. Do odlotu sporu czasu, ponad 1h do boardingu. Mamy szczęście, bo dostajemy miejsca po lewej stronie samolotu, co oznacza szansę na panoramę miasta podczas wznoszenia. Boarding autobusem, start tak ostry, że tylko raz w życiu wcześniej taki miałem ale w A319 z kilkoma pasażerami. Myślałem, że w pełnym samolocie tak się nie da. Widoki po starcie rzeczywiście były nieźle:

Podczas lotu żadnego serwisu. Mały zdegustowany tym, że nie ma ekranów w siedzeniach, później prędko zasnął. Lot bez historii. Podczas podejścia do lądowania okazuje się, że siedzimy blisko polki, która pracuje w CPT jako nauczycielka niemieckiego. Leci do JNB na sprawdzanie matur.
Po lądowaniu mały się wkurzył. Coś musiał źle zrozumieć, bo spodziewał się chyba, że gdy się obudzi będzie już dziadek, a tu jakieś inne lotnisko. Ogarnięcie go zajęło nam z 20minut, ale to nic, na przesiadkę mamy ponad 5h. W planie jest odpoczynek w Shongololo Lounge, droga tam jednak bardzo długa, musimy przejść niemal cały terminal, musimy też nadać wózek. Otwartych jest z 5-6 stanowisk check-in Air France, jednak tylko jedno obsługuje pasażerów. Czekamy za 2 dziewczynami, które prawie 10 minut nie mogą się zdecydować gdzie chcą siedzieć w samolocie. Nadajemy wózek, ale tym razem okazuje się, że nie dostaniemy go w Paryżu. Jutro będziemy się martwić, idziemy dalej.
Dostęp do saloniku dzięki promocyjnym kodom do Lounge Buddy mamy za darmo (dla 2 dorosłych, dla dziecka wstęp 60zł na 4h). Z kodów można jednak korzystać wykupując dostęp nie wcześniej niż 1h przed wejściem do saloniku, czyli w praktyce na miejscu. Zanim jednak udaje mi się ustawić toporne lotniskowe wi-fi i wykupić dostęp za kody odrębnie w każdym telefonie mały Ernest traci cierpliwość i uznaje, że on idzie do samolotu (przy każdej próbie wytłumaczenia, że tak się nie da, odpowiada “poradzę sobie”). Panie w recepcji widząc ten cyrk pozwalają nam wprowadzić go do saloniku bez opłat. Lepiej być nie mogło, zaszywamy się w kącie, by kolejnych prób ucieczki do samolotu już nie było :)
Shongololo Lounge to standardowy salonik z płatnym wstępem, choć dla kilku linii jest on także salonikiem dla biznesu. Wystrój nieco przestarzały, ale oferta cateringu niezła. Są nawet ciepłe posiłki (i dobrze, bo od śniadania nic nie jedliśmy). Miło zjeść ryż po 2 tygodniach frytek :) Na początku salonik jest prawie pusty, im bliżej wieczornej fali wylotów tym bardziej się zapełnia. Przed 19:00 nie ma już wolnych miejsc, personel niemal nie wyrabia z donoszeniem jedzenia. Chwilę później idziemy do gejta. Nasz A380 Air France czeka gotowy, już rozpoczął się boarding:

Nikt nie zajął miejsca pomiędzy nami, więc mamy 4 dla siebie. A380 to jednak najwygodniejszy samolot do spania (nie wnikając w klasę i jakość siedzeń). Tu jest po prostu cichutko jak w żadnym innym samolocie (szczególnie, że siedzimy w 20 rzędzie, więc mocno z przodu - ekonomiczna zaczyna się od 10, a na dziobie jest tylko niewielka pierwsza klasa). Bardzo późno rozpoczęło się rozdawanie kolacji (ponad 2h od startu). Później głównie spaliśmy, mały obudził się dopiero na śniadanie. Jedzenie w pakietach dla dzieci słabe, podobnie jak w KLM (potwornie słony makaron).
Dolatujemy na terminal 2E do części w pirsie M i to w gejcie na samym końcu, dalszy lot do Berlina mamy z 2F, spora droga przed nami, a nie mamy wózka. Mały jednak po śniadaniu poczuł zew do biegania i tempem raczej nieco wyższym niż średnia tłumu docieramy bardzo szybko do kolejki lotniskowej, którą dojeżdżamy do głównej części terminala 2E. Dalej w podobnym tempie docieramy do terminala 2F. Mały opadł z sił prawie u celu. Mamy jeszcze około 1h czekania:

Widzę, że ten sam gejt obsługuje 2 rękawy na zmianę z odlotami co 20 minut. Niezłe tempo.
Dalszy lot A320 Air France idzie już szybko, trochę śpimy. Widok na północne przedmieścia Paryża o świcie zaraz po starcie:

W Berlinie jestesmy około 9:15 rano. Samolot przewoził jakiegoś przestępcę w eskorcie policji który odbierany jest w pierwszej kolejności, co opóźnia nam nieco deboarding, ale to nic. Wszystkie bagaże dolatują z nami.

Posted: 9.12.2016 by Robert